Zachodnie giełdy uratowały nasz przed dalszym spadkiem na piątkowej sesji. Gdyby nie silny wzrost indeksu DJIA i wybicie DAX ponad 4100 pkt mielibyśmy przynajmniej bardzo słabe otwarcie - poniżej czwartkowego zamknięcia. Przynajmniej słabe - bo po gwałtownym wstrząśnięciu, spodziewałem się odbicia futures, przynajmniej do 1800 pkt. Tak się jednak nie stało. Zrealizował się, jak to zwykle na giełdzie bywa - zupełnie inny scenariusz.
Kontrakty otworzyły się z luką do góry, powyżej 1810 pkt. Dalsza część sesji nie była specjalnie interesująca. Do godziny 14:00 nie wydarzyło się nic szczególnego. Transakcje zawierano w wąskim przedziale 1810-1820 pkt. Było to odzwierciedleniem tego, co się działo na rynku kasowym (mowa oczywiście o akcjach wchodzących w skład WIG20). Nastroje stopniowo poprawiały się, lecz niestety znalazła się jedna czarna owca, która psuła humor posiadaczom długich pozycji. Okazał się nią KGHM. Spadając systematycznie przez cały dzień, skutecznie ściągał wartość indeksu w dół. Obrót na akcjach miedziowego giganta był tak duży, że należy sądzić, iż to zagranica pozbywała się akcji, głównie na skutek spadku cen surowca na rynku w Londynie. W ciągu ostatnich dwóch godzin futures zsunęły się poniżej 1810 pkt i tak już zostało. Od południa malał szybko LOP. Po sesji zostało zaledwie 19 tys. otwartych pozycji. Jest to najniższa wartość od tygodnia.
Jakie stąd płyną wnioski? Zmalała wiara w trend wzrostowy. Na rynku po czwartkowych spadkach zrobiło się trochę niepewnie. Obrót na akcjach z WIG20 - 348 mln - nie jest ani za duży ani za mały. Nie wskazuje bynajmniej na koniec korekty. W jednej trzeciej tego obrotu ma udział KGHM. Ale czy jedna spółka może psuć rynek bez końca?