Poprzednia wspólna prognoza instytutów na ten rok, zaprezentowana w październiku, wynosiła 1,7%. Argumentując obniżkę, ekonomiści stwierdzili, że dochody ludności - a co za tym idzie, wydatki - rosną zbyt wolno, co jest związane w głównej mierze ze złą sytuacją na rynku pracy. Wzrostowi przez eksport nie sprzyja natomiast wciąż wysoki kurs euro. Według instytutów, w przyszłym roku największa europejska gospodarka rozwinie się w takim samym tempie, jak w bieżącym - o 1,5%.

- Prywatna konsumpcja nadal nie przyczynia się do przyspieszenia gospodarczego, ponieważ ludzie wciąż nie są pewni, jakie będą ich dochody w przyszłości - powiedział w wywiadzie dla Bloomberga Hans Dietrich von Loeffelholz, ekonomista RWI z Essen, jednego z sześciu czołowych ośrodków. - Wzrost jest zbyt słaby, by przyczynić się do poprawy na rynku pracy i rozwiązać problemy Niemiec z budżetem - dodał. Zaufanie konsumentów do gospodarki u naszych zachodnich sąsiadów w kwietniu po raz siódmy z rzędu nie wzrosło. Bezrobocie z kolei zwiększyło się w marcu najbardziej od roku. Bez pracy jest już 4,3 mln osób.

Instytuty przewidują, że niemiecki deficyt budżetowy wyniesie w tym roku 3,7% PKB i 3,5% PKB w przyszłym. Nie uda się zatem Niemcom szybko zejść poniżej unijnego, 3-proc. limitu, który przekraczali już w trzech minionych latach. Dwa z sześciu instytutów napisały, że Hans Eichel, minister finansów, nie powinien zwracać uwagi na unijne wytyczne, ponieważ "niemiecka gospodarka została szczególnie mocno dotknięta przez kryzys gospodarczy" i dodatkowo nie sprzyja jej brak obniżki stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny. W prognozach ekonomiści założyli, że stopy w strefie euro jeszcze przynajmniej do końca 2005 r. pozostaną na obecnym, rekordowo niskim poziomie.

H. Eichel nie kryje, że podstawowa stopa w wysokości 2% jest za wysoka i hamuje wzrost gospodarczy. Ściął się w tej sprawie z prezesem Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude'em Trichetem w minioną sobotę w Waszyngtonie, podczas spotkania przedstawicieli grupy G7.