Mało kto styka się na co dzień z prawdziwym globalizmem. Większość ludzi na świecie jest bardzo lokalna. Słabo zna obce języki, mało podróżuje, nie ma dostępu do internetu, a nawet telefonu. Polska, chociaż w Europie, nie jest szczególnym wyjątkiem i większość naszych rodaków termin globalizacja słabo rozumie.
W ostatnich tygodniach bardziej znany jest termin antyglobalizacja, ale nie z powodu wartości czy ideologii, jakie symbolizuje, tylko ze względu na oryginalne protesty i burdy kojarzone z przedstawicielami tego nurtu. Jednakowoż większość mieszkańców naszego kraju nie może się oprzeć długim weekendowym wizytom w hipermarketach należących do światowych sieci, ogląda godzinami coraz głupsze talk shows i reality shows na licencjach rodem z obcych krajów oraz godzinami ogląda telenowele z całego świata, które pokazują te same rozterki miłosne i towarzyskie w Brazylii, Czechach, Niemczech i USA. Nawet trudne do zrozumienia arabskie programy nadawane przez satelitę nie różnią się wiele swoją zawartością i łatwo zauważyć, czy się tam na filmach kłócą, czy kochają. Trudno bowiem ukryć fakt, że pomimo rozdzielenia kontynentów oceanami i pomieszania języków, ras i zwyczajów kulę ziemską, czyli glob, zamieszkują właśnie ziemianie, czyli globaliści.
Nie chroni to przed różnorodnością i unikalnym charakterem różnych krajów i regionów. Na przykład, koń z wozem i rolnikiem na tle płaczącej wierzby nie będzie raczej toczył się po Australii, szczególnie jeżeli jest wyładowany sianem, a pasażer zagryza wódkę kiełbasą. Również pomimo całej swojej europejskości, rząd Francji nie poprze tam przejęcia firmy Aventis przez szwajcarski Novartis i nie da się tam dogadać inaczej niż po francusku, nawet w dużym międzynarodowym banku w Paryżu. Inwestor z dyplomem MBA dobrej uczelni, dwudziestoletnim doświadczeniem i milionem dolarów nie dokona też wiele na Białorusi, Kubie i w Korei Północnej, ponieważ obowiązują tam reguły gry znane tylko pobieżnie adeptom szkółek kołchozowych i kursów planowania centralnego w NRD.
Nie jest też jasne, kto reprezentuje interesy globalne. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że są to międzynarodowe korporacje, finansjera i rządy prowadzące rozległą politykę zagraniczną. Według niektórych, grupa ta jak szarańcza podbija kraj za krajem, zmuszając mieszkańców do jedzenia hamburgerów, oglądania telewizji i kupowania tego samego co ma sąsiad, korzystając z lichwiarskich kredytów od światowego kapitału.
Ciekawe byłoby, gdyby przyszło wyłonić reprezentację naszego globu, kto byłby, naszym zdaniem, jej najlepszym przedstawicielem. Lokalny kacyk, który opiera się obcym kapitalistycznym ideologiom, bezwzględny zaprawiony w bojach urzędnik korporacji międzynarodowej czy naukowiec trwoniący od lat rządowe subsydia na badanie zawartości cukru w cukrze. Wydaje się, że dla utrzymania należytego pluralizmu należałoby delegować ich wszystkich i kazać obradować dla uzgodnienia wspólnych, globalnych decyzji. Ale nie trzeba. Taka instytucja już jest i nazywa się ONZ.