Reklama

Nieszczęścia finansów publicznych

Z Haliną Wasilewską-Trenkner, członkiem RPP, rozmawia Marek Siudaj

Publikacja: 15.05.2004 10:00

Rada Polityki Pieniężnej zmieniając ostatnio nastawienie w polityce pieniężnej wskazała, że jednym z czynników niepewności w gospodarce jest niezbyt dobra sytuacja finansów publicznych. Jak, Pani zdaniem, wygląda ich obecny stan?

Jeżeli bierzemy pod uwagę krótki okres, czyli ten rok, to można powiedzieć, że sytuacja jest dobra, przynajmniej tak dobra, jak prognozowano. W I kwartale stan budżetu i finansów publicznych był lepszy niż w latach poprzednich. Firmy mają większą płynność finansową, w związku z tym regulują swoje zobowiązania na bieżąco. Nie chodzi tutaj tylko o podatki, ale także o zobowiązania wobec funduszy, np. Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Funduszu Pracy czy innych. Fundusze mają więcej pieniędzy i w związku z tym budżet nie musi wypłacać im wysokich dotacji. To ogranicza wydatki bieżące. Jeśli taka sytuacja będzie trwała, pojawią się pewne oszczędności w budżecie.

Jednak cena pieniądza na rynku rośnie, do góry idzie rentowność obligacji, a to spowoduje większe wydatki państwa na obsługę długu publicznego. To będą dodatkowe koszty, miejmy jednak nadzieję, że nie tak duże jak oszczędności. Wtedy bowiem tegoroczny deficyt budżetowy będzie niższy od zaplanowanego.

Czy sytuacja budżetu jest na tyle dobra, że reforma finansów publicznych nie jest już potrzebna?

Nie. Reforma nie dotyczy wydatków jednego roku. W planie Hausnera chodzi o takie zmiany w wydatkach stałych, by zmniejszył się ich ciężar, spadła dynamika wzrostu, co sprawi, że w przyszłości nie będą wymagały dodatkowego finansowania. Tymczasem nawet zmniejszenie deficytu w tym roku w niewielkim stopniu spowolni narastanie długu publicznego. Bez ograniczenia zakresu wydatków, zwłaszcza stałych, w tym roku będą oszczędności, ale w przyszłości, gdy nastąpi pogorszenie sytuacji ekonomicznej, znowu trzeba będzie zwiększać deficyt, a więc i tempo narastania długu. A problem polega na tym, żeby ograniczyć tempo narastania długu publicznego.

Reklama
Reklama

Tylko że z reformą są problemy. Ustawy są w proszku. Rząd jest, ale jakoby go nie było. Czyli - planu Hausnera praktycznie nie ma.

Trudno mi tutaj coś powiedzieć, bo nie znam obecnie rozkładów politycznych. Ale problem konieczności zreformowania finansów publicznych był podnoszony od kilkunastu lat. Były także działania porządkujące finanse publiczne. Ale dotyczyły sfer mniej wrażliwych społecznie. Natomiast zmiany w dziedzinach społecznie wrażliwych odkładano albo wprowadzano wręcz nowe wydatki. Bo przecież nie jest tak, że wszystkie wydatki istnieją od bardzo dawna.

Poza tym, przy konstruowaniu budżetu zawsze pojawia się dylemat. Z jednej strony dąży się do obniżenia podatków, co ma dobre przełożenie na rozwój gospodarczy. Z drugiej, chce się, aby budować bardziej sprawną, czytelną, bardziej zasobną politykę społeczną, edukacji, rozwoju kultury, modernizacji armii czy doskonalenia sądownictwa. Wiele jest takich celów. Tego nie można zrobić bez odpowiednich dochodów.

Gdy mamy do czynienia z okresem wzrostu gospodarczego, to rośnie grupa ludzi czy firm, od których można zbierać podatki. Jak mówią moi koledzy - rozwija się baza podatkowa i nawet gdyby każdemu indywidualnemu podatnikowi obniżyć obciążenia, wpływy pozostałyby duże. Wtedy też można robić różnego rodzaju działania porządkujące, gdyż jest więcej ludzi, którzy pracują, rosną ich dochody, a więc automatycznie zapotrzebowanie na świadczenia z pomocy społecznej nieco maleje.

A więc jeżeli robić porządek w finansach publicznych, to dzisiaj.

Owszem, dzisiaj, czyli w tym roku, ewentualnie na początku roku przyszłego. Dzisiaj należy zmieniać normy legislacyjne, a na początku przyszłego roku wprowadzać to w życie.

Reklama
Reklama

Natomiast wtedy, gdy sytuacja gospodarcza zaczyna się pogarszać, narastają obawy o utratę pracy czy brak zabezpieczenia społecznego, wówczas o wiele trudniej jest robić porządki. A więc okres, w którym można przeprowadzać reformy finansów publicznych, jest relatywnie krótki. Tymczasem do tego dochodzi jeszcze kalendarz wyborczy. Jak uczy dotychczasowe doświadczenie - lata, w których odbywają się kampanie wyborcze, nie służą oszczędnościom. No a my wchodzimy znowu w okres wyborczy. A więc koniunktura na przeprowadzenie porządków w finansach publicznych jest coraz gorsza. Okres się skraca.

Chciałbym jeszcze wrócić do tegorocznego, dobrego na razie budżetu. Czy są tutaj możliwości wygospodarowania jakichś większych oszczędności, czy jest to raczej nierealne?

Oszczędności bieżące istnieją. Natomiast to, czy będą one znaczące, zależy od dochodów. Z punktu widzenia budżetu państwa rzeczą najważniejszą jest to, aby zrealizować wszystkie działania, jakie wyznaczył parlament, czyli wydać pieniądze zapisane na różne cele, jednocześnie nie przekraczając zapisanego deficytu. Jeśli więc dochody będą większe od przewidywanych, deficyt będzie mniejszy. Im więcej zbierze się pieniędzy, tym mniej pieniędzy trzeba będzie pożyczyć.

Natomiast spośród wydatków realizuje się tylko te niezbędne. A więc dobra sytuacja funduszy może pozwolić zaoszczędzić na dotacjach. Oszczędności przynoszą także opóźnienia w niektórych rozstrzygnięciach prawnych, bo dzięki temu nie trzeba wydawać pieniędzy albo można wydać tylko część zaplanowanych kwot. Poza tym, w tym roku po raz pierwszy dużo pieniędzy zostało przeznaczonych na współfinansowanie projektów unijnych. Jeśli nie zostaną one zrealizowane na maksymalnym poziomie, mniej pieniędzy krajowych będzie potrzeba na ich wsparcie. To także może dać oszczędności, które jednak będą oznaczać, że nie wykorzystujemy szans, jakie dała nam Unia.

Pytam o oszczędności, ponieważ pod koniec ubiegłego roku i na początku tego trwało poszukiwanie takich wolnych środków w budżecie. Bez obcięcia wydatków o bodajże 5 miliardów złotych w tym roku, dług publiczny może przekroczyć poziom 55% PKB. Czy nam to grozi w tym roku?

Wiem, że w tej chwili Ministerstwo Finansów pracuje nad nową oceną rozwoju sytuacji w tym roku, z uwzględnieniem najnowszych informacji na temat inflacji i stóp procentowych. Jednak nie znam tych analiz i trudno mi w tej sprawie coś powiedzieć.

Reklama
Reklama

Gdyby jednak ten poziom 55% PKB został przekroczony, konieczne byłyby poważne cięcia. Od czego Pani by je zaczęła?

Nawet bez przekroczenia poziomu 55% PKB, w przyszłym roku możliwości kształtowania wydatków budżetu są już ograniczone. W 2003 roku, jak wskazują wszystkie dane, dług publiczny przekroczył poziom 50% PKB. A zgodnie z ustawą o finansach publicznych oznacza to, że w budżecie na 2005 rok relacja deficytu do dochodów nie może być większa niż w roku, w którym nastąpiło przekroczenie, a więc 2003. Wtedy zaś ta relacja - deficytu do dochodów - wyniosła około 24%. Mówię około - bo w tej chwili są ustalane ostateczne wartości liczbowe. A więc deficyt budżetu na rok 2005 nie może być większy niż 24% dochodów. Pewne ograniczenia już działają.

Tymczasem w 2004 roku wprowadzone zostały nowe zasady podziału wpływów z podatków pomiędzy budżet państwa a budżety samorządów. Udział tych ostatnich w dochodach wzrósł. To powoduje, że zakres tych dochodów, od których będziemy liczyli procenty w roku 2005, będzie mniejszy niż to miało miejsce w roku 2003.

Chodzi tu o podział...

...dochodów z PIT-u i CIT-u.

Reklama
Reklama

Ale do tego dochodzą jeszcze dochody, które do tej pory wchodziły do budżetu państwa, a teraz trafią do kasy unijnej, czyli np. cła. A co będzie z tą częścią dochodów z VAT, która składa się na naszą składkę unijną? Będzie liczona jako dochód budżetu czy dochód unijny?

Ta część znajdzie się po stronie dochodów budżetu, ponieważ to my zbieramy ten podatek. Tyle tylko, że znowu zakres tego, co będziemy pobierać w 2005 roku, będzie trochę inny niż w 2003 roku.

Jak widać, ograniczenie dotyczące wielkości deficytu, już jest, tylko że będzie dotyczyć innej podstawy. Ta podstawa będzie mniejsza, co ogranicza możliwość kształtowania deficytu budżetowego.

Jak rozumiem, w najlepszym - pod względem wzrostu gospodarczego - wypadku, deficyt budżetowy w roku przyszłym może być taki sam, jak w tym roku.

Nie, nie będzie taki sam. W tym roku stosunek deficytu do dochodów jest wyższy niż w 2003 roku.

Reklama
Reklama

Jednak ograniczanie deficytu na rok 2005 będzie czymś innym niż cięcia, do których może dojść w 2006 roku, gdy dług publiczny w roku 2004 przekroczy poziom 55% PKB. Wtedy - jak wynika z dokumentów resortu finansów - budżet powinien mieć nadwyżkę.

Jednym z efektów przekroczenia 55% jest zakaz udzielania nowych poręczeń i gwarancji. To oznacza, że budżet praktycznie przestaje wspierać procesy inwestycyjne. Poza tym - relacja długu publicznego do PKB w roku 2006 nie mogłaby być wyższa niż w roku 2004. Rzeczywiście, dobrze byłoby, gdyby budżet wtedy miał nadwyżkę, ale może mieć także niewielki deficyt. Pod warunkiem, że pozwoli na to wzrost gospodarczy. Będzie to możliwe tylko wtedy, gdy dług publiczny będzie rósł wolniej niż gospodarka.

Jednak nawet w tym wypadku to oznacza kolosalne cięcia. Gdzie - Pani zdaniem - można uszczknąć te 40 mld zł w ciągu dwóch lat?

O tym, gdzie można zaoszczędzić, mówi plan Hausnera. Poza tym, są także inne miejsca. Na przykład, istnieją tzw. środki specjalne, o których dużo się mówi przy okazji każdego budżetu. Gromadzą je jednostki budżetowe, które mają możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy, choć są utrzymywane z budżetu. Środki specjalne miały być dodatkową zachętą dla tych instytucji, aby lepiej działały, np. miały sprawić, że poborcy podatkowi odzyskiwaliby więcej pieniędzy.

Jest cała lista drobnych jednostek, które z budżetu otrzymują "wikt i opierunek", a nadto same jeszcze dorabiają. Powstaje pytanie, czy muszą one być jednostkami budżetowymi. Może powinny być normalnymi podmiotami gospodarczymi, które po prostu na siebie zarabiają, wykonując pewne działania.

Reklama
Reklama

Służby Celne SA?

Nie. Nie służby celne, ale jest cała masa różnych inspekcji. Choćby inspekcja sanitarna, bez której atestu nie jest możliwe wejście na rynek. Czy ona musi być utrzymywana z podatków? Jednak taka zmiana jest bardzo trudna, ponieważ takiej jednostce łatwiej jest żyć na koszt budżetu i dorabiać niż zarabiać. Gdy ma "utrzymanie" finansowane z budżetu, jest mniej narażona na zawirowania na rynku, wywołane złą koniunkturą.

Innym problemem jest to, czy i jak muszą być realizowane wydatki w jednostkach budżetowych. Choćby na słynne telefony komórkowe. To, oczywiście, nie jest luksus - we współczesnym świecie łączność telefoniczna z pracownikami od pewnego szczebla powinna być cały czas możliwa. Tyle tylko, że są one - o czym wiemy doskonale - wykorzystywane zarówno do rozmów służbowych, jak i prywatnych. Zaproponowaliśmy - to nie wymaga zmiany ustawy - limity rozmów. Pewną część rachunku pokrywałby pracodawca, a resztę - już sam pracownik. To samo dotyczy samochodów służbowych.

Wiem, to są pozornie miałkie sprawy, ale życie składa się z takich drobnych działań, które sumują się w większe.

Kolejną sprawą są bilety ulgowe PKP. Niektóre grupy zawodowe mają prawo do przejazdów służbowych. W innych przypadkach pracodawcy wykupują przejazdy swoim pracownikom. Oczywiście, takich działań nikt nie powinien zabraniać pracodawcom, ale niech będą one opłacane z funduszy socjalnych, gromadzonych w instytucjach, a nie z pieniędzy bieżących, stanowiących wydatki budżetu. Taka zmiana także nie wymaga nowelizacji ustaw.

Jakie w sumie dałyby oszczędności tego typu działania?

Pamiętam takie doświadczenie sprzed kilku lat, gdy jeszcze nie było ograniczeń w otrzymywaniu zasiłku rodzinnego. Zasiłkobiorców było około 8 mln. Przy kolejnej zmianie wysokości zasiłku okazało się, że końcówka wyniosła bodajże 47 groszy. Zapadła więc decyzja, aby to wyrównać do 50 groszy. I okazało się, że to niewinne zaokrąglenie dla każdego oznacza koszt dla budżetu idący w miliony złotych. Bo owe 3 grosze trzeba było przemnożyć przez 12 miesięcy i jeszcze przez 8 mln osób.

To też jest dramatyczne. Bardzo często słyszymy, że chodzi tylko o złotówkę czy dwa złote. Owszem, ale złotówka czy dwa złote w indywidualnym świadczeniu są prawie niezauważalne, jednak budżet odczuwa to w sposób niezwykle bolesny.

Skoro tego typu zmiany nie wymagają nowelizacji ustaw, to dlaczego ich nie dokonano?

To nie takie proste; wyłączenie np. inspekcji sanitarnej z grona jednostek budżetowych wymaga zmiany ustawy. Ale to, żeby nie wykupywała ona biletów miesięcznych, wymaga tylko zmiany regulaminu wewnętrznego.

Dlaczego więc tego się nie robi?

To już wcześniej zrobiono, ale w ten sposób, że nie było pozwolenia na wykupywanie przejazdów, ale nie było także zakazu. Potem jednak znowu to zjawisko zaczęło narastać, choć bardzo powoli. Poza tym - to jest nie do wyśledzenia w sprawozdawczości budżetowej. Z autopsji wiem, że istnieje, ale ile ono kosztuje, tego nie da się policzyć.

Jest jeszcze inny element nieszczęścia finansów publicznych. Niektóre wydatki w sposób automatyczny stają się wydatkami stałymi. Pan mi nie uwierzy, ale mnie samej też trudno było w to uwierzyć. Mianowicie tylko raz przed 2003 rokiem i kilka razy w roku ubiegłym zdarzyło się, że ci, którzy dysponują państwowymi pieniędzmi, poinformowali, że zadanie zrealizowali za cenę mniejszą niż przewidywano czy też zostało zakończone, a więc nie potrzebują już środków na kolejny rok. Za każdym razem zapisanie pieniędzy w budżecie wywołuje u dysponenta przekonanie, że te środki należą się mu już na stałe. Co najmniej takie, a zazwyczaj większe. To przekonanie bardzo chętnie podzielają posłowie - że skoro raz był milion, to później musi być kolejny albo jeszcze więcej.

Na przykład - Straż Pożarna budowała krajowy system ratowniczo-gaśniczy. Była to tak zwana inwestycja centralna, wieloletnia. W budżecie Straży Pożarnej co roku pojawiały się kwoty niezbędne na ten projekt. Zgodnie z doniesieniami wszystkich zainteresowanych, został on zakończony w roku 2003, a więc w rządowym projekcie budżetu na rok 2004 budżet Straży został zmniejszony o 60 mln zł. Ale w toku prac poselskich nad budżetem ta kwota już się pojawiła.

Ale na co?

Bo Straży jest potrzebne. A mówiąc poważnie - na dalszą rozbudowę tego systemu. Choć na początku argumentacja była taka, że po prostu nie można ograniczać budżetu Straży Pożarnej.

A co posłowie lubią ograniczać?

Budżet ministra finansów. Różne grupy posłów mają swoje ulubione miejsca, gdzie chętnie dokonują cięć, a wszyscy lubią ograniczać budżet ministra finansów. Na przykład - posłowie zwykle ograniczają rezerwę celową, przeznaczoną na wypłatę zobowiązań i odszkodowań, przyznanych przez sąd. Jej wysokość zwykle ulega ograniczeniu w trakcie prac sejmowych. A potem wszyscy mają pretensję do ministra finansów czy rządu, że nie płaci swoich zobowiązań czy odszkodowań, wyznaczonych wyrokiem sądowym.

Może więc warto przyjrzeć się liście inwestycji wieloletnich, kontynuowanych przez 20 czy 30 lat, podliczyć wydatki i je ograniczyć?

Dobrze, ale ja znam takich panów ministrów, którzy najpierw krzyczą, że potrzebują pieniędzy na taką inwestycję, budowaną od wielu lat. Pieniądze dostają, po czym się okazuje, że albo ich nie wykorzystują - co jest wprawdzie oszczędnością dla budżetu, choć tak naprawdę niewiele daje, bo tytuł inwestycyjny nadal pozostaje otwarty - albo obcinają wydatki na ten cel i przekazują pieniądze na inne inwestycje.

A mogą tak?

Za zgodą Komisji Finansów Publicznych mogą. Co prawda, minister finansów musi o to wystąpić, ale gdy minister finansów nie występuje, to pisze się na niego zażalenia do Komisji Finansów Publicznych oraz do premiera, że jest taki wredny. To nie jest idylla.

Wiem, że to nie jest idylla...

Jest jednak coś szalenie upiornego w mentalności, szalenie mocno wkodowane w administrację, że wydatki mogą tylko rosnąć. To dotyczy także mentalności różnego rodzaju decydentów, których minister finansów czy rząd musi pytać o zdanie na temat budżetu. Takim podmiotem jest na przykład Komisja Trójstronna. Rząd co roku negocjuje z nią, a więc pracownikami i pracodawcami, tempo wzrostu płac w sferze budżetowej i waloryzacji rent i emerytur. Wyniki tych negocjacji są zupełnie dramatyczne. Od kilku lat rząd proponuje tempo wzrostu na poziomie inflacji, czyli takie, które pozwala zachować realny poziom świadczeń. I po wielkich bojach rząd od kilku lat przegrywa. A przecież pieniądze na podwyżkę wynagrodzeń stają się wydatkami stałymi. I na dodatek taki wzrost nie oznacza tylko zwiększenia zarobków pana czy pani. Od tych większych płac płaci się większa składkę na ubezpieczenia społeczne czy na Fundusz Pracy. To są kolejne wydatki budżetu.

Kolejnym problemem jest sprawa stosunku pracy osób, będących na utrzymaniu budżetu. Nie mówię tylko o pracownikach administracji, ale także o osobach zatrudnionych w innych dziedzinach. Ten stosunek pracy jest szczególnie chroniony - czy to ustawą o służbie cywilnej, czy innymi ustawami. I jego rozwiązanie - w odróżnieniu od sytuacji z sektora prywatnego - jest bardzo trudne i niesie ze sobą konsekwencje finansowe.

I to jest powód, dla którego nie udaje się zmniejszyć zatrudnienia w sferze budżetowej?

To jest powód, dla którego zmniejszanie zatrudnienia musi być bardzo dokładnie analizowane i planowane. Przykładem tego, co się dzieje, gdy się tego nie zrobi, jest sprawa agencji, czyli Urzędu Ochrony Państwa i powstałych z niego agencji.

Mnie na przykład strasznie fascynuje, że nowy system komputerowy ZUS-u, który jak do tej pory kosztował 1,5 mld zł, a z którym w większości przypadków firmy kontaktują się drogą elektroniczną, skutkuje ciągłym wzrostem zatrudnienia w Zakładzie.

Aby system komputerowy mógł działać sprawnie, musi działać w stabilnym otoczeniu prawnym. Proszę tylko spojrzeć, ile razy była nowelizowana ustawa o ubezpieczeniu społecznym, a także inne ustawy, które mają wpływ na ten system. A taki system, w wiecznej budowie, zawsze będzie szwankował i wymagał dodatkowej pracy, całkiem nieskomputeryzowanej.

Informatyzacja służb skarbowych i resortu finansów też trwa od lat.

Dobrze, ale jaką stabilność ma system podatkowy?

To są choroby, z którymi ja nie wiem, jak należy walczyć. Wtedy, gdy coś ode mnie zależało, mówiłam o tym głośno, ale takie wypowiedzi były niepolityczne.

Czyli jeżeli nawet plan Hausnera trafi w całości do Sejmu, będą poważne problemy z jego wdrożeniem? Bo posłowie, ministrowie i wszyscy inni są przyzwyczajeni do tego, że wydatki nie maleją.

Żeby sobie wyobrazić, jakie problemy będą z jego wdrożeniem, wystarczy spojrzeć, co się zaczęło dziać, gdy tylko zaczęto o nim rozmawiać.

Dymisja rządu?

Nie - moim zdaniem, rozpad partii i całe to zawirowanie polityczne w parlamencie. Rezygnacja rządu jest tylko tego pochodną. Politykom jest bardzo trudno mówić, że należy być oszczędnym, pracowitym i uczciwym, gdy obok są tacy, którzy opowiadają, że można być pięknym, młodym i bogatym, tylko trzeba powiesić część złodziei. A - jak uczy historia - to wcale nie jest takie proste.

Czyli - biorąc pod uwagę Pani dotychczasowe doświadczenie - jest Pani przygotowana, że sprawdzi się czarny scenariusz i Rada będzie podnosić w roku 2005 i 2006 stopy procentowe?

Mam nadzieję, że scenariusz negatywny nie zrealizuje się w 100%. To jest tak, że żadna z partii pretendujących do władzy nie wierzy, że sytuacja jest taka, jak to przedstawia rząd. Dopiero gdy kolejni wybrańcy zasiadają w ławach rządowych, zaczynają rozumieć, że jest właśnie tak, jak mówił poprzedni rząd. Na przykład to, jak bardzo ważna jest obsługa długu publicznego. Problemy z obsługą skutkują zmianą ratingów, która dotyka nie tylko państwo, ale także firmy, które w rezultacie muszą potem pożyczać drożej.

Poza tym nie można zwiększać tego długu w nieskończoność, bo powstaje pytanie, kto znowu pożyczy i na jakich warunkach?

Łączę też nadzieję ze wzrostem gospodarczym. Tutaj niezmiernie ważna jest informacja o bardzo szybkim wzroście wydajności pracy. Jeżeli rośnie wydajność, to można mieć nadzieję, że nawet wzrost płac nie wywoła presji inflacyjnej, bo podaż na rynku będzie wystarczająca, aby spotkać się z większym popytem. Może więc się okazać - i dobrze byłoby, gdyby to się sprawdziło - że presja inflacyjna nie będzie tak silna, jak wzrost gospodarczy i będziemy mogli się zmieścić w przedziale celu inflacyjnego. Wtedy decyzja o ewentualnym podwyższeniu stóp procentowych mogłaby nie być konieczna.

W przeciwnym wypadku oczywiście reakcja będzie potrzebna. Bo później wszyscy powiedzą, że o ile poprzednia RPP trzymała w ryzach inflację, choć kosztem rozwoju gospodarczego, to za kadencji tej rozwój gospodarczy był, ale inflacja mocno się rozbujała.

Dziękuję za rozmowę.

Procedury ostrożnościowe

W przypadku, gdy łączna wartość kwoty państwowego długu publicznego powiększonej o kwotę przewidywanych wypłat z tytułu poręczeń i gwarancji, udzielonych przez podmioty sektora finansów publicznych, w relacji do produktu krajowego brutto,

1) jest większa od 50%, a nie większa od 55%, to Rada Ministrów uchwala projekt ustawy budżetowej, w którym relacja deficytu budżetu państwa do dochodów budżetu państwa nie może być wyższa niż analogiczna relacja z roku bieżącego,

2) jest większa od 55%, a mniejsza od 60%, to Rada Ministrów uchwala projekt ustawy budżetowej, przyjmując jako górne ograniczenie deficytu jego poziom zapewniający, że relacja długu Skarbu Państwa powiększonego o kwotę przewidywanych wypłat z tytułu poręczeń i gwarancji udzielonych przez Skarb Państwa do produktu krajowego brutto przewidywana na koniec roku budżetowego, którego dotyczy projekt ustawy, będzie niższa niż relacja z roku, w którym to przekroczenie nastąpiło,

3) jest równa lub większa od 60%, to podmioty finansów publicznych wstrzymują udzielanie poręczeń i gwarancji. Dotyczy to także kolejnego roku budżetowego, w projekcie ustawy budżetowej na kolejny rok budżetowy nie zawiera się deficytu budżetu państwa, a budżety jednostek samorządu terytorialnego uchwala się nie zawierając w nich deficytu.

Ustawa o finansach publicznych

Problem z agencjami

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencja Wywiadu powstały w miejsce zlikwidowanego w czerwcu 2002 r. Urzędu Ochrony Państwa. W pierwszym dniu funkcjonowania ABW i AW na podstawie przepisów przejściowych zwolniono 450 funkcjonariuszy. Pod koniec kwietnia Trybunał Konstytucyjny uznał, że przepisy te są niezgodne z ustawą zasadniczą. Według TK, zwolnienia bez gwarantowanego ustawowo sześciomiesięcznego wypowiedzenia podważają zaufanie do państwa. Oznacza to, że zwolnieni funkcjonariusze mogą wrócić do pracy i starać się o odszkodowania z budżetu.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama