Reklama

...nie warto trzymać akcji debiutantów

- Prawie dwie trzecie ofert publicznych przyniosło zysk w momencie debiutu akcji na giełdzie. Jednak im dalej od pierwszego notowania, tym zachowanie nowych spółek było gorsze. - Branie udziału w ofertach w sytuacji, gdy WIG przekracza 20 tys. pkt, jest mało atrakcyjne. - Kupno papierów podczas pierwszych notowań giełdowych nie było w przeszłości opłacalne.

Publikacja: 18.05.2004 10:14

Do takich wniosków prowadzi analiza giełdowych debiutów z ostatnich 10 lat. W latach 1994-2003 przeprowadzonych zostało 188 ofert publicznych, z czego 118 przyniosło uczestniczącym w nim inwestorom zysk. Średnio wyniósł on blisko 61%, zaś bez uwzględniania akcji Banku Śląskiego (które miały 12,5-krotne przebicie na pierwszym notowaniu) zysk przekroczył 50%. 53 oferty publiczne przyniosły straty podczas debiutu giełdowego, przeciętnie 18,6%. Najbardziej na minusie byli nabywcy papierów Hogi, które na zakończenie pierwszej giełdowej sesji notowane były 56% poniżej ceny emisyjnej. Jeśli jednak uwzględnilibyśmy wejście do obrotu praw do akcji (PDA) Hogi, to debiut wypadł dużo lepiej i przyniósł symboliczny zysk. Tegoroczni debiutanci dali zarobić średnio blisko 15% - najwięcej Plast-Box (24,1%), najmniej Betacom (3,6%). Dziś kursy obu spółek znajdują się poniżej ceny debiutu.

Biorąc pod uwagę wszystkie oferty, nie tylko te zyskowne, zarobek wyniósł przeciętnie nieco ponad 30%. Jednak rezultaty w poszczególnych latach były bardzo zróżnicowane - od ponad 100% na plusie w 1996 r. do ledwie 8% na minusie w 2001 r. Dziesięcioletnią średnią udało się przekroczyć tylko w trzech latach. To pokazuje, że rozrzut wyników jest duży i przeciętna wartość nie najlepiej oddaje rzeczywistość.

Debiuty przy dobrej

koniunkturze

W latach 1994-2003 indeks WIG przez 40,8% czasu pozostawał w strefie 10,01-15 tys. pkt, natomiast 39,1% pomiędzy 15,01-20 tys. pkt. W pierwszym przypadku mieliśmy 59 debiutów giełdowych, w drugim 90. To potwierdza tezę, że dobra koniunktura przyciąga firmy na parkiet. Łatwiej jest wtedy uplasować emisję, można to też uczynić po lepszej cenie. Zwyżce indeksu zazwyczaj towarzyszy poprawa koniunktury gospodarczej. Ta zachęca do nowych inwestycji, skłaniając do poszukiwania najbardziej atrakcyjnej formy ich finansowania.

Reklama
Reklama

W tym kontekście zaskakujące może być to, że w sytuacji, gdy WIG miał więcej niż 20 tys. pkt, nastąpiło zaledwie 7 debiutów. To trzeba wiązać, po pierwsze, z tym, że indeks zaledwie przez 5,4% czasu notował wartości większe od 20 tys. pkt. To zbyt krótki okres, by spółki mogły podjąć decyzję o upublicznieniu papierów i przeprowadzeniu emisji. Trzeba też wziąć pod uwagę, że od oferty na rynku pierwotnym do giełdowego debiutu z przyczyn formalnych mija często sporo czasu - miesiąc lub dwa. To wystarczy, by koniunktura na parkiecie wyraźnie się zmieniła i pierwsze notowania wypadły przy niższych wartościach indeksu. Jednocześnie debiuty w okresie, gdy WIG miał wartość przekraczającą 20 tys. pkt, w żadnym wypadku nie przyniosły straty. Jednak ze względu na niewielką liczbę danych trudno z tego wyciągać daleko idące wnioski. W sumie wydaje się, że zarówno z punktu widzenia emitentów, jak i inwestorów, dużo ważniejsza od wysokich notowań giełdowych jest ich stabilizacja przez dłuższy czas. Oczywiście najlepiej, gdyby odbywała się ona na wysokim poziomie.

Im dalej, tym gorzej

Udany debiut giełdowy może zachęcać do trzymania akcji w nadziei na dalsze zyski, ewentualnie skłaniać do dodatkowych zakupów. Zwłaszcza w sytuacji, gdy przydział papierów był "reglamentowany" i otrzymaliśmy jedynie część subskrybowanych walorów. Okazuje się jednak, że nie jest to dobry pomysł. Wraz z upływem czasu rośnie prawdopodobieństwo spadku kursu. Proporcje wyraźnie się odwracają, jeśli spojrzymy na stopy zwrotu z inwestycji w akcje pojawiających się na giełdzie firm w miesiąc, trzy miesiące, pół roku i rok od pierwszego notowania. Co więcej, wraz z upływem czasu, niekorzystne dla posiadaczy tych papierów proporcje stają się coraz wyraźniejsze. W każdym z przebadanych przez nas momentów ponad 60% spółek ma niższą cenę niż podczas debiutu giełdowego.Po miesiącu i trzech miesiącach w mniej więcej jednej piątej przypadków strata nie przekracza 10%. Po pół roku od pojawienia się na giełdzie najliczniejszą grupę spółek stanowią te, których kurs jest niższy przynajmniej o 40% od zamknięcia pierwszej sesji - jest ich 26%. W rok od debiutu prawie 30% spółek traci więcej niż 40% w porównaniu z ceną z pierwszego notowania, a dodatkowe 11,5% zniżkuje o 30-40%. Jednocześnie z czasem rośnie odsetek przedsiębiorstw, które notowane są powyżej pierwszej ceny giełdowej.

Można w tej sytuacji zaryzykować tezę, że wysyp ofert publicznych przestrzega przed zwrotem koniunktury na giełdzie. Wydaje się ona racjonalna, gdyż rynek pierwotny jest w pewnym sensie konkurencją dla wtórnego. Z jednej strony, pozwala nabyć duże pakiety papierów po jednej cenie. Ma to znaczenie dla dużych inwestorów, którzy w efekcie mogą powstrzymywać się z zakupami papierów na giełdzie. Tutaj popyt generowany przez nich wpływałby na podbijanie cen. Z drugiej strony, akcje w ofertach publicznych sprzedawane są często po bardziej atrakcyjnych cenach niż można je nabyć na rynku wtórnym. To skłania część inwestorów do pozbywania się już posiadanych walorów, co przekłada się na zniżkę kursów giełdowych.

Spadek powoduje nerwowość

Równocześnie, pogorszenie nastrojów na giełdzie powoduje, że nabywcy papierów w ofertach publicznych stają się bardziej nerwowi i skłonni do realizacji zysków. To tłumaczy, dlaczego z czasem nowe walory zaczynają przynosić straty. Wiele ofert publicznych przyciąga niebyt doświadczonych inwestorów, skuszonych reklamą, informacjami w mediach o sowitych zyskach z lokat na giełdzie, jakie można było osiągnąć w poprzednich miesiącach, panującym przekonaniem o trwałości dobrej koniunktury gospodarczej, która ma podnosić notowania akcji. W sytuacji, gdy sprawy zaczynają iść nie w tym kierunku, na który liczyli, i mając trudności z prawidłowym oszacowaniem "prawdziwej" wartości posiadanych papierów, skłaniają się ku ich sprzedaży. Determinacja narasta wraz z powiększającymi się stratami. Inna rzecz, że jak pokazaliśmy wcześniej, gro ofert publicznych przypada w okresie dobrej koniunktury giełdowej, ułatwiając uplasowanie emisji przedsiębiorstwom o wątpliwej kondycji fundamentalnej. Emitenci wykorzystują też pojawiające się na rynkach mody, żądając za udziały wygórowanych stawek. Na przełomie 1999 i 2000 r. na internetowym zaślepieniu korzystały spółki z branży informatycznej. Niewykluczone że teraz to samo dzieje się z przedsiębiorstwami o średniej wielkości, cieszącymi się od wielu miesięcy niesłabnącym powodzeniem wśród inwestorów. Gdy nastroje na parkiecie psują się, natychmiast następuje weryfikacja prawdziwej wartości spółek - w rezultacie mało atrakcyjne szybko tracą na wartości.

Reklama
Reklama

Ten mechanizm mogą natomiast próbować wykorzystać bardziej doświadczeni uczestnicy rynku. W wielu przypadkach podaż pochodząca z rąk rozczarowanych inwestorów, którzy brali udział w ofertach publicznych, zbija kursy do irracjonalnie niskich poziomów. Stają się one potem atrakcyjną lokatą, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu ocieplenie koniunktury giełdowej.

Gorsi od indeksu WIG

Część inwestorów może sobie tłumaczyć, że ponoszone przez nich straty na papierach nabytych w ofercie publicznej są wynikiem pogorszenia klimatu na giełdzie i gdy tylko nastroje ocieplą się, ich akcje zaczną rosnąć. Okazuje się, że debiutanci w pierwszym roku notowań giełdowych wypadają niekorzystnie nie tylko przy uwzględnieniu bezwzględnych zmian kursów, ale także odnosząc je do notowań indeksu WIG, wyrażającego postrzeganie przez inwestorów szerokiego spectrum spółek. W miesiąc od pojawienia się na rynku dwie piąte firm zachowuje się lepiej od rynku (połowa z tej grupy o 0,01-10% lepiej), natomiast trzy piąte wypadają już gorzej od indeksu. W miarę upływu czasu tendencja się nasila. Po roku już prawie 69% spółek nie nadąża za rynkiem, z czego ponad połowa odstaje o ponad 40%. To sygnał wątpliwej atrakcyjności lokowania środków w nowe spółki, pojawiające się na warszawskiej giełdzie.

Zachowanie polskich spółek po przeprowadzeniu oferty publicznej nie odbiega od wzorca zachowań na światowych rynkach. Wyróżniają go trzy elementy:

1. niedowartościowanie akcji sprzedawanych na rynku pierwotnym, które skutkuje zwyżką kursu na pierwszej sesji giełdowej - wiąże się to często z ograniczaniem ryzyka przez gwarantów emisji, dążących do objęcia papierów po jak najniższej cenie,

2. ta grupa firm wypada gorzej od rynku nawet przez kilka lat - w Stanach Zjednoczonych przez pierwsze 5 lat jest słabsza o 7% rocznie od rynku,

Reklama
Reklama

3. w pewnych okresach występuje "gorączka" ofert publicznych, czemu sprzyja zafascynowanie inwestorów zwyżką na giełdzie lub w poszczególnych sektorach - to pozwala plasować emisje akcji nawet po cenie, która powszechnie uznawana jest za wygórowaną.

HHH

Jednym z najgorętszych okresów dla amerykańskiego rynku pierwotnego był rok 1998. Wtedy zanotowano rekordowe przebicie w stosunku do ceny z oferty publicznej. Emisja akcji theglobe.com została sprzedana po 9 USD za walor, natomiast podczas pierwszej giełdowej sesji kosztowały one 97 USD w ciągu dnia i 63,5 USD na zamknięcie. Najlepszą inwestycją z rynku pierwotnego w 1998 r. były papiery eBay. We wrześniu można je było kupić w ofercie publicznej po 18 USD, zaś na koniec roku kosztowały już 241,25 USD. To oznaczało 1240% zysku.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama