W tym kontekście zaskakujące może być to, że w sytuacji, gdy WIG miał więcej niż 20 tys. pkt, nastąpiło zaledwie 7 debiutów. To trzeba wiązać, po pierwsze, z tym, że indeks zaledwie przez 5,4% czasu notował wartości większe od 20 tys. pkt. To zbyt krótki okres, by spółki mogły podjąć decyzję o upublicznieniu papierów i przeprowadzeniu emisji. Trzeba też wziąć pod uwagę, że od oferty na rynku pierwotnym do giełdowego debiutu z przyczyn formalnych mija często sporo czasu - miesiąc lub dwa. To wystarczy, by koniunktura na parkiecie wyraźnie się zmieniła i pierwsze notowania wypadły przy niższych wartościach indeksu. Jednocześnie debiuty w okresie, gdy WIG miał wartość przekraczającą 20 tys. pkt, w żadnym wypadku nie przyniosły straty. Jednak ze względu na niewielką liczbę danych trudno z tego wyciągać daleko idące wnioski. W sumie wydaje się, że zarówno z punktu widzenia emitentów, jak i inwestorów, dużo ważniejsza od wysokich notowań giełdowych jest ich stabilizacja przez dłuższy czas. Oczywiście najlepiej, gdyby odbywała się ona na wysokim poziomie.
Im dalej, tym gorzej
Udany debiut giełdowy może zachęcać do trzymania akcji w nadziei na dalsze zyski, ewentualnie skłaniać do dodatkowych zakupów. Zwłaszcza w sytuacji, gdy przydział papierów był "reglamentowany" i otrzymaliśmy jedynie część subskrybowanych walorów. Okazuje się jednak, że nie jest to dobry pomysł. Wraz z upływem czasu rośnie prawdopodobieństwo spadku kursu. Proporcje wyraźnie się odwracają, jeśli spojrzymy na stopy zwrotu z inwestycji w akcje pojawiających się na giełdzie firm w miesiąc, trzy miesiące, pół roku i rok od pierwszego notowania. Co więcej, wraz z upływem czasu, niekorzystne dla posiadaczy tych papierów proporcje stają się coraz wyraźniejsze. W każdym z przebadanych przez nas momentów ponad 60% spółek ma niższą cenę niż podczas debiutu giełdowego.Po miesiącu i trzech miesiącach w mniej więcej jednej piątej przypadków strata nie przekracza 10%. Po pół roku od pojawienia się na giełdzie najliczniejszą grupę spółek stanowią te, których kurs jest niższy przynajmniej o 40% od zamknięcia pierwszej sesji - jest ich 26%. W rok od debiutu prawie 30% spółek traci więcej niż 40% w porównaniu z ceną z pierwszego notowania, a dodatkowe 11,5% zniżkuje o 30-40%. Jednocześnie z czasem rośnie odsetek przedsiębiorstw, które notowane są powyżej pierwszej ceny giełdowej.
Można w tej sytuacji zaryzykować tezę, że wysyp ofert publicznych przestrzega przed zwrotem koniunktury na giełdzie. Wydaje się ona racjonalna, gdyż rynek pierwotny jest w pewnym sensie konkurencją dla wtórnego. Z jednej strony, pozwala nabyć duże pakiety papierów po jednej cenie. Ma to znaczenie dla dużych inwestorów, którzy w efekcie mogą powstrzymywać się z zakupami papierów na giełdzie. Tutaj popyt generowany przez nich wpływałby na podbijanie cen. Z drugiej strony, akcje w ofertach publicznych sprzedawane są często po bardziej atrakcyjnych cenach niż można je nabyć na rynku wtórnym. To skłania część inwestorów do pozbywania się już posiadanych walorów, co przekłada się na zniżkę kursów giełdowych.
Spadek powoduje nerwowość
Równocześnie, pogorszenie nastrojów na giełdzie powoduje, że nabywcy papierów w ofertach publicznych stają się bardziej nerwowi i skłonni do realizacji zysków. To tłumaczy, dlaczego z czasem nowe walory zaczynają przynosić straty. Wiele ofert publicznych przyciąga niebyt doświadczonych inwestorów, skuszonych reklamą, informacjami w mediach o sowitych zyskach z lokat na giełdzie, jakie można było osiągnąć w poprzednich miesiącach, panującym przekonaniem o trwałości dobrej koniunktury gospodarczej, która ma podnosić notowania akcji. W sytuacji, gdy sprawy zaczynają iść nie w tym kierunku, na który liczyli, i mając trudności z prawidłowym oszacowaniem "prawdziwej" wartości posiadanych papierów, skłaniają się ku ich sprzedaży. Determinacja narasta wraz z powiększającymi się stratami. Inna rzecz, że jak pokazaliśmy wcześniej, gro ofert publicznych przypada w okresie dobrej koniunktury giełdowej, ułatwiając uplasowanie emisji przedsiębiorstwom o wątpliwej kondycji fundamentalnej. Emitenci wykorzystują też pojawiające się na rynkach mody, żądając za udziały wygórowanych stawek. Na przełomie 1999 i 2000 r. na internetowym zaślepieniu korzystały spółki z branży informatycznej. Niewykluczone że teraz to samo dzieje się z przedsiębiorstwami o średniej wielkości, cieszącymi się od wielu miesięcy niesłabnącym powodzeniem wśród inwestorów. Gdy nastroje na parkiecie psują się, natychmiast następuje weryfikacja prawdziwej wartości spółek - w rezultacie mało atrakcyjne szybko tracą na wartości.