Dobra końcówka wtorkowej sesji w USA przełożyła się na poprawę nastrojów na naszym rynku. To pomogło wykaraskać się bykom po wtorkowym spadku cen. Jednak nie można całej sesji tłumaczyć jedynie sytuacją za oceanem. To, co działo się w czasie wczorajszych notowań, miało swoje źródło także wśród rodzimych inwestorów.
Wczoraj bezapelacyjnie dominował popyt. Kursy spółek rosły dzięki dużym zleceniom kupna z pierwszej części sesji. Kontrakty szalały i zaliczały nowe maksy. Luki z 10 maja, które przez dłuższy czas były skutecznymi oporami, tym razem się poddały. Kurs kontraktu i indeks WIG20 wyskoczyły w górę. Przebieg sesji zdaje się optymistyczny. Ja jednak tego nie napiszę. Wzrosty nie są zawsze tożsame z przewagą optymizmu.
Warto zwrócić uwagę na kilka faktów. Po pierwsze, w końcowej fazie wzrost na rynku kasowym napędzały koszykowe zlecenia kupna. Podbijały one wartość indeksu, ale nie stał za tym żaden większy kapitał. Po drugie, praktycznie cały wzrost na rynku terminowym dokonywał się przy spadającej liczbie otwartych pozycji. Nie optymizm był tu źródłem wzrostu, ale strach. To zamykanie pozycji, a nie otwieranie nowych było przyczyną zwyżki. To niedźwiedziom zawdzięczamy wyjście nad opór. O optymizmie można byłoby mówić, gdyby zwyżce towarzyszył wzrost LOP.
Wtedy można by myśleć, że to oczekiwanie na dalszy wzrost cen każe graczom kupować. Wczoraj tego nie było widać. Ostatnia godzina notowań pokazała po raz kolejny, po wtorkowym spadku na początku sesji, że na rynku nadal panuje spora nerwowość. Nawet takie wzrosty nie są w stanie tego zmienić. To potwierdza przypuszczenie, że zwyżka jest jedynie korektą poprzedniego spadku prawie o 300 pkt. Na długie pozycje przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz.