Jesteśmy w Unii dopiero nieco ponad miesiąc, a już dzieją się rzeczy, na widok których ci, którzy w referendum głosowali przeciw, radośnie zacierają ręce, mówiąc: przecież ostrzegaliśmy...
Tak media, jak i poczta pantoflowa donoszą bowiem, o coraz to nowych, ujemnych efektach akcesji. Wszyscy już wiedzą, że wygłodniali "unioniści" wykupują zdrową, polską wołowinę. Krążą słuchy, że wyjadają również pyszne, polskie truskawki. Jednocześnie przez polskie miasta i miasteczka ciągną kohorty Niemców, Francuzów i Skandynawów, którzy nie dość, że nie mówią w języku autochtonów, to jeszcze czują się jak u siebie w Unii. Być może to oni wykupywali cukier i banany, które ostatnimi czasy tak znacznie zdrożały. O tempora! O mores!
Straszne, prawda? Ciekawe tylko, czy hodowcy krów, producenci truskawek, restauratorzy i hotelarze podzielają te żale? Raczej nie. Podobnie jak budowlańcy, którzy dzięki unijnemu "oVATowaniu" mieli jeden z najlepszych kwietniów w historii branży. I tak samo jak sprzedawcy samochodów, dla których kwietniowa sprzedaż nowych aut była najlepszym miesięcznym wynikiem bodajże od połowy 2000 roku. Listę potencjalnych (dotychczasowych) beneficjentów można jeszcze bardziej przedłużyć.
Jednocześnie złe strony akcesji nie były w maju tak złe, jak powszechnie oczekiwano. Innymi słowy, w maju nie obudziliśmy się w innym, gorszym świecie. Nic więc dziwnego, że pierwsza poakcesyjna ankieta pokazała, że Polacy lepiej postrzegają członkostwo w UE. Zgodnie z sondażem CBOS-u, odsetek zwolenników polskiego wejścia do wspólnej Europy wzrósł do 71%. I jest to poziom najwyższy od kilku lat. Jednocześnie znacznie spadła liczba unijnych malkontentów (do 20% z 29% w kwietniu).
W tym miejscu przypomina o sobie teza, którą wysunąłem w tej rubryce jakiś miesiąc temu, że narastający ostatnimi czasy eurosceptycyzm Polaków wynikał głównie ze strachu przed nieznanym. Czyżby więc w maju unijny diabeł nie okazał się tak straszny, jak go malowali?