Kilka dni temu analitycy po nocach pisali kasandryczne wizje dalszego wzrostu cen ropy hamujących wzrost gospodarczy. Wystarczyło katharsis, jakim były ataki w Arabii, by cena ropy w ciągu 5 sesji spadła ponad 12%. Analitycy rynku ropy (np. Fred Leuffer z Bear Sterns) zareagowali natychmiast - zaczęli mówić o poziomie 20 USD w przyszłym roku, a Departament Energii "obiecał" 36,2 USD w III kwartale.
Równie dużą elastyczność prognoz, w odniesieniu do panujących nastrojów, zaczyna dotykać rynek akcji. Trudno się temu dziwić, gdy ankiety w USA pokazują rekordowy odsetek neutralnie oceniających przyszłą koniunkturę. Ja doskonale rozumiem dylematy inwestorów, bo na razie zbyt wiele jest niewiadomych, by pokusić się na kreślenie dokładnego scenariusza na kolejne miesiące. Także, jak widać po ostatniej miesięcznej konsolidacji, te wątpliwości dotknęły warszawski parkiet.
Nie rozumiem jednak jednego i dołączę w tej kwestii do loży szyderców (Mark Hulbert). Okazało się bowiem, że ci sami analitycy, którzy niedawno wskazywali niekorzystne dla akcji półrocze ("Sell in may and Go Away"), po ostatnim wzroście w USA przypomnieli sobie o letnich rajdach ("Summer Rally"). Szyderstwo w tym temacie wynika nie tylko z faktu, że tylko 1-2 tygodnie są w stanie wpływać na półroczne prognozy. Moje największe rozbawienie budzi w tym wszystkim fakt, że rynki często rosną także zimą, a nawet wiosną. Nikt jeszcze nie zdefiniował, czy letni rajd zaczyna się w maju, dotyczy tylko wakacyjnego okresu, czy też zdarza się może jedynie w słoneczne dni? No i co najważniejsze, o ile lepiej rynek zachowuje się w tym czasie? Liczono to już dla wielu okresów od cyklu prezydenckiego począwszy. Dla Summer Rally jeszcze się nie udało. Ale wiadomo jedno - na 100% taki wzrost będzie... oczekiwany.