Unia Europejska, której Polska jest członkiem od kilku tygodni, zwraca szczególną uwagę na ochronę praw konsumentów. Ich bezpieczeństwa strzeże aż 14 dyrektyw. Szczególne znaczenie ma zwłaszcza poprawiona Dyrektywa Ogólna w Sprawie Bezpieczeństwa Produktów, która weszła w życie 15 stycznia, a w naszym kraju obowiązuje od początku maja.
Zagrożenia wzrosły
Poszerza ona znacznie odpowiedzialność za produkt wprowadzony do obrotu, z tym że spoczywa ona zarówno na producentach finalnych, jak i poddostawcach, ale też firmach zajmujących się dystrybucją, a więc np. importerach, czy detalistach. - Zgodnie z nowelizowanym prawem, to właśnie oni, a nie konsument, będą musieli dowieść, że zrobili wszystko, żeby zminimalizować ryzyko obrażenia ciała, szkody i straty, jakie mogą powstać w wyniku użytkowania wadliwego produktu - wyjaśnia Grzegorz Komosa, członek zarządu polskiego oddziału Marsh. Co więcej nabywca feralnego towaru, np. farby nie będzie musiał już udowadniać, że używając jej nie popełnił żadnego zaniedbania. Jeśli skargi będą się powtarzać, regulator może teraz nakazać przedsiębiorstwu wycofanie wadliwego produktu z łańcucha dostaw, bądź bezpośrednio od konsumentów.
Niekorzystne statystyki
Firmy narażone są więc na ogromne koszty (np. Perrier zapłacił 250 mln USD za wycofanie skażonej wody ze sklepów), na co polskie przedsiębiorstwa nie są chyba jeszcze w pełni przygotowane. Świadczą o tym wyniki badań, jakie na zlecenie firmy Marsh wykonał Economist Intelligence Unit. - Tylko 8% z nich podjęło jakiekolwiek działania, aby sprostać unijnym dyrektywom - twierdzi G. Komosa. Według niego, większość przedsiębiorstw ma już wykupione polisy odpowiedzialności cywilnej (OC) za produkt, jednak z reguły o bardzo wąskim zakresie i o niskich limitach gwarancyjnych (0,4-1 mln zł), podczas gdy na unijnym rynku wynoszą one kilkaset milionów euro. Kto jest narażony na największe roszczenia? Według Marsha, firmy produkujące części motoryzacyjne, materiały budowlane, produkty chemiczne i farmaceutyczne, żywność i napoje.