Przez 12 miesięcy do końca maja średnia płaca wzrosła w USA o 2,2%. Ceny konsumpcyjne zwyżkowały w tym okresie o 3,1%. Jest mało prawdopodobne, by pracownicy mogli liczyć, że ich pensje będą rosły szybciej niż inflacja przez najbliższe 5 do 10 lat - uważa William A. Niskansen, były szef rady doradców ekonomicznych prezydenta za czasów Ronalda Reagana. Uzasadnia tę prognozę coraz ostrzejszą konkurencją w skali globalnej, co zmusza spółki do kontrolowania kosztów. Zmniejsza się też siła związków zawodowych, a obecna stopa bezrobocia - 5,6% - wciąż jest większa od 4,2% z początku recesji, która miała miejsce w 2001 r.
Te dysproporcje między płacami i cenami mogą uniemożliwić prezydentowi Bushowi wykorzystanie w czasie kampanii wyborczej największego od czterech lat przyrostu liczby miejsc pracy w pierwszych pięciu miesiącach br. Stagnacja płac będzie natomiast łakomym kąskiem propagandowym dla kandydata demokratów Johna Kerry?ego. Na przedwyborczych wiecach na pewno zapyta, czy Amerykanom powodzi się teraz lepiej niż przed czterema lat.
Już w miniony piątek Kerry zaproponował podniesienie płac minimalnych z obecnych 5,15 USD za godzinę do 7 USD. Zapewnił przy tym, że na takiej operacji skorzystałoby 7 mln najniżej opłacanych pracowników.
Przeciwnicy takich rozwiązań, między innymi organizacje zrzeszające pracodawców, ostrzegają, że po podwyżce płac minimalnych firmy zaczną zwalniać najmniej zarabiających i w rezultacie wzrośnie bezrobocie.
Specjaliści zwracają też uwagę, że podwyżka kosztów ubezpieczenia zdrowotnego płaconych przez pracodawców pochłania część pieniędzy, które mogłyby być przeznaczone na podwyżki płac. W 2002 r. składki ubezpieczeniowe wynosiły 7,4% wynagrodzeń w porównaniu z 6,3% w 1990 r., 4,4% w 1980 r. i zaledwie 2,4% w 1970 r.