Suma kar i odszkodowań osiągnęła już 2,3 mld USD, ale władze regulacyjne ciągle prowadzą negocjacje w tej sprawie z 10 firmami inwestycyjnymi. W sumie skandal objął ponad 20 rodzin funduszy powierniczych i innych instytucji finansowych.
Władze regulacyjne domagają się zwrotu zysków osiągniętych w wyniku tzw. market timingu, czyli praktyki polegającej na składaniu zleceń kupna/sprzedaży jednostek funduszu powierniczego po cenie z poprzedniego dnia, ale zleconych już po zamknięciu nowych notowań giełdowych. Rodziny funduszy inwestycyjnych udzielały tego przywileju nielicznym dużym klientom (najczęściej funduszom hedgingowym) ze szkodą dla drobniejszych, inwestujących długoterminowo. Oprócz tego fundusze uwikłane w skandale, zobowiązały się do zrekompensowania drobnym inwestorom innych ponoszonych opłat. Władze regulacyjne upierają się przy tych rabatach, twierdząc, że gdyby inwestorzy wiedzieli o manipulacjach związanych z market timingiem z pewnością sprzedaliby swoje udziały.
Przy zastosowaniu tych kryteriów zapłacone kary i rabaty będą dużo wyższe od osiągniętych wcześniej zysków. Według obliczeń "Wall Street Journal", w rodzinie Strong Funds na market timingu zarobiono 6,8 mln USD, ale inwestorzy otrzymają 140 mln USD. Straty udziałowców funduszy Janusa oszacowano na 30,5 mln USD, ale firma zapłaci 100 mln USD. Putnam Investments, PBHG oraz Alliance Capital Management zwrócą po 600 mln USD, znacznie więcej niż wyniosły rzeczywiste straty zwykłych inwestorów.
Nawet przy tak dużych sumach średnia wysokość zwrotów, jakie otrzymają poszczególni inwestorzy, nie przekroczy najczęściej 100 USD. Suma ta byłaby jeszcze niższa, gdyby Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) nie uparła się przy zwrotach przynajmniej części kosztów inwestycyjnych pobieranych w formie różnych opłat. Większość pieniędzy powinna znaleźć się na kontach inwestorów do końca roku.