Premier Berlusconi reprezentował swój kraj na wczorajszym spotkaniu ministrów finansów Unii Europejskiej. Szef tego resortu Giulio Tremonti nie przyjechał, bo w sobotę podał się do dymisji. Berlusconi przedstawił przygotowany przez niego nadzwyczajny plan redukcji wydatków aż o 7 mld euro. Miało to przekonać uczestników posiedzenia, że Włochy zdołają już w tym roku utrzymać deficyt budżetowy poniżej wymaganych przez Unię 3% PKB. I przekonało. Bruksela nie ukarała Rzymu nawet upomnieniem, co byłoby pierwszym krokiem do wszczęcia procedur umożliwiających nałożenie wysokiej grzywny.

W 2002 r. Portugalia i Niemcy obroniły się przed taką karą, obiecując podjęcie kroków zapewniających zmniejszenie deficytu. Niemcom to się nie udało i przekraczają limit już trzeci rok z rzędu. Wciąż bezkarnie. - Zawsze opowiadałem się za równym traktowaniem wszystkich państw - powiedział w Brukseli niemiecki minister finansów Hans Eichel. - Sądzę, że włoski rząd poważnie potraktuje kwestię budżetu - dodał Austriak Karl-Heinz Grasser.

Sprawa włoskiego zadłużenia stanęła na porządku obrad w Brukseli, gdyż Berlusconi obiecał obniżenie podatków dochodowych aż o 13 mld euro. Spowodowało to zresztą rozłam w rządzącej Włochami koalicji i doprowadziło do dymisji ministra finansów. Koalicyjni partnerzy Berlusconiego sprzeciwiają się bowiem zmniejszeniu podatków dla najbogatszych Włochów i uważają, że redukcją można objąć jedynie najmniej zarabiających.

Agencja Standard & Poor's obniżyła już perspektywę ratingu dla Włoch ze stabilnej na negatywną i zagroziła obniżeniem oceny, jeśli trwała redukcja wydatków nie zastąpi jednorazowych posunięć, takich jak sprzedaż aktywów czy amnestia podatkowa. Przy planowanych redukcjach podatków, groźba ta staje się coraz bardziej realna. Zwłaszcza że Włochy są najbardziej zadłużonym krajem w Unii Europejskiej.