- Eeee, Panie, o tej godzinie to już Pan nic nie załatwisz - filozoficznie wzdycha sprzedawca z kiosku, gdy koło godziny 18.00, pytam, czy nie wie, czy w pobliżu można kupić gwoździe. Akurat taką miałem fantazję, żeby o godz. 18.00 w centrum Warszawy kupić sobie trochę gwoździ. Fantazję trzeba mieć, ale to trochę za mało, by zrealizować swoje śmiałe zamysły popytowe. Niestety, nie inaczej jest w przypadku usług finansowych.
Od lat, niezmiennie zadziwia mnie to, że czas pracy wielu firm usługowych, urzędów i sklepów kompletnie nie przystaje do godzin, w których inni (tzn. ci, którzy mają pracę) mogą z usług tych firm korzystać. W siermiężnym PRL-u sprawa była prosta - i tak nic do niczego nie pasowało, więc problem niedopasowania godzin pracy handlu i usług do potrzeb tzw. społeczeństwa nie miał większego znaczenia (bo i tak nie było czego kupować). Ale sprawa powinna wyglądać przecież zgoła inaczej przy podobno wolnym rynku i apetycie na pieniądze, które można zarobić, sprzedając towary czy usługi...
Ha, może powinno, ale w praktyce tak nie jest. Sklepy, zakłady usługowe, urzędy, instytucje finansowe, w tym nastawione ponoć "na klienta" banki i biura maklerskie - większość tych zacnych placówek od lat pracuje w godzinach, w których wielu potencjalnych klientów i petentów nie ma szans na skorzystanie z ich łaskawych usług. Ludzie pracują w większości w dzień, powiedzmy od 7.00 czy 8.00 rano do godzin popołudniowych i wieczornych. Jak zatem mają korzystać z zachwalanych przez te wspomniane firmy usług? Jak załatwić sprawy w urzędach biurokracji wszelakiej? Jak przed pracą, tzn. np. przed godziną siódmą lub po pracy, niech będzie koło 19.00, można - poza internetem - założyć rachunek maklerski? Otworzyć konto w banku? Załatwić górę przelewów? Uzyskać kredyt?
Filozoficznie można pocieszać się, że to problem stary jak świat i jak najbardziej globalny. Jasne, że nie dotyczy tylko Polski. Np. w osławionym bastionie kapitalizmu - w USA - dziwiło mnie (i wkurzało) kompletne ignorowanie możliwości klientów i zamykanie placówki "mojego" banku dość wczesnym popołudniem. W Portugalii z kolei miałem wrażenie, że dostąpiłem szalonego zaszczytu, będąc w ogóle obsłużonym przez wyraźnie znudzonego kelnera. W Londynie poganiano mnie, bym już poszedł sobie ze sklepu spożywczego, bo za kwadrans będzie zamknięty... Jak widać, nawet stary kapitalizm czasem ma taką właśnie irytującą "ludzką" twarz. Twarz znudzoną i niechętną klientowi. Wcale to jednak nie wyjaśnia polskiego fenomenu "ignorowania" możliwości zarobienia pieniędzy przez firmy deklarujące, że tym się właśnie zajmują.
Wiem, wiem. Znowu się czepiam, a przecież tak właśnie jest poukładany ten nasz świat. Się nie opłaca... Się nie chce... Ale nie o nawoływanie do rewolucji chodzi, ale wskazanie, że jest jeszcze chyba niezła nisza do zagospodarowania. Byłoby całkiem sympatycznie, gdyby jej istnienie zauważyły rozmaite sklepy, banki, urzędy, biura i inni szewcy. Sprzedawcy gwoździ takoż. Tylko komu by się chciało...