Koncern ze Stuttgartu postawił w tym tygodniu 6 tys. pracowników fabryki Mercedesa z Sindelfingen ultimatum: albo godzą się na dodatkowe godziny w pracy (oszczędności firmy mogłyby dzięki temu sięgnąć pół miliarda euro rocznie), albo zakład zostanie zamknięty, a produkcja przeniesiona za granicę. Związek zawodowy IG Metall, odpowiedzialny za organizację protestów - manifestacji ulicznych i kilkugodzinnych przerw w pracy - szacował, że weźmie w nich udział nawet 80 tys. osób. Wczorajsze straty DaimlerChryslera oszacowano na kilkaset pojazdów, które nie zjechały z taśm montażowych.
Trzy tygodnie temu podobny szantaż wobec załogi zastosował Siemens. Wymógł na 2 tys. pracowników dwóch fabryk telefonów komórkowych zgodę na wydłużenie tygodnia pracy z 35 do 40 godzin, grożąc przeniesieniem produkcji na Węgry. Oszczędności dzięki bezpłatnym nadgodzinom planują także Linde, producent wózków widłowych i gazów technicznych, oraz Thomas Cook, jedna z największych w Europie firm z branży turystycznej.
W obliczu zagrożenia bezrobociem, które od 2000 r. wzrosło z 7,6% do blisko 10%, pracodawcy mają jednak przyzwolenie na zwiększenie tygodniowej liczby godzin pracy. Za powrotem do 40-godzinnego tygodnia pracy opowiada się blisko 60% Niemców. Ekonomiści twierdzą, że taki krok zwiększyłby atrakcyjność inwestycyjną kraju i mógłby pomóc w wyjściu z zapaści gospodarczej.
Reuters, Bloomberg