Od stycznia, kiedy rozpoczął się proces, Josef Ackermann przez dwa dni w tygodniu przebywał na sali sądowej. Prokuratura żądała dla niego 10 lat więzienia, oskarżając go o sprzeniewierzenie pieniędzy akcjonariuszy spółki, co oznaczałoby, że za kratki po raz pierwszy w historii niemieckiego rynku trafiłby menedżer, który zawyżał premie. Ackermann zasiadał w komitecie ds. wynagrodzeń Mannesmanna razem z byłym prezesem rady nadzorczej Joachimem Funkem, byłym szefem związków IG-Metal Klausem Zwickelem i reprezentującym pracowników firmy Juergenem Ladbergiem. Wspólnie zaaprobowali plan wypłacenia przez Mannesmanna premii dla dyrektorów w wysokości 57 mln euro. Nastąpiło to w przeddzień wrogiego przejęcia Mannesmanna, specjalizującego się w telekomunikacji, przez brytyjskiego giganta Vodafone (zapłacił rekordową kwotę 154 mld euro), a przyjęcie przez menedżerów premii można było traktować jako ciche przyzwolenie na zakup firmy przez Brytyjczyków. Innych pięciu oskarżonych, w tym były dyrektor generalny Mannesmanna Klaus Esser (najpierw był przeciwny przejęciu, by później przyjąć premię w wysokości 16 mln euro), zostali również uniewinnieni.
Sąd w Duesseldorfie nie doszukał się w postępowaniu podejrzanych znamion przestępstwa, choć przyznał, że nie oceniał sprawy z punktu widzenia etyki. - Jesteśmy sądem, w którym rozpatrywane są sprawy dotyczące przestępstw handlowych, z punktu widzenia moralności spraw nie oceniamy - argumentowała sędzia Brigitte Koppenhoefer.
Werdykt pozwoli Josefowi Ackermannowi powrócić do pracy w Deutsche Banku "w pełnym wymiarze godzin". Od czasu rozpoczęcia procesu w styczniu do wczorajszego ogłoszenia werdyktu, papiery potentata finansowego z Frankfurtu (ma również spółkę zależną na polskiej giełdzie Deutsche Bank PBC) staniały o 6,5%. Prawie tyle samo, bo 6,3%, zniżkował w tym okresie DAX, główny indeks giełdy frankfurckiej. Wczoraj korzystny werdykt dla prezesa inwestorzy również zignorowali. Akcje spółki staniały w połowie sesji o 2%.
Bloomberg