No i mamy już ustawę o swobodzie gospodarczej. Teraz - jeśli wierzyć jej autorom - wzrost gospodarczy i zadowolenie społeczeństwa będą rosnąć tak szybko i panować tak długo, że do końca dekady będą nam przewodzili premier Marek Belka, wicepremier Jerzy Hausner oraz SLD (bo SdPl jakoś nie może przekroczyć 5-proc. progu).
Co prawda, w ten świetlany scenariusz zdają się wątpić posłowie PO, bo zapowiedzieli już, że spora część przepisów o swobodzie gospodarczej zostanie poprawiona i ulepszona, gdy tylko PO wygra wybory. To oznaczałoby, że przedstawiciele PO nie mają aż tak dobrej opinii o nowych przepisach, jak ich twórcy.
Zapowiedź posłów Platformy nie jest - wbrew pozorom - dobrą informacją dla przedsiębiorców. I tak muszą oni znać sporo ustaw, aby poradzić sobie w biznesie - od ustaw podatkowych i o kontroli skarbowej zaczynając. Teraz będą musieli wkuć na pamięć kolejne dwie ustawy - o swobodzie oraz swobodę wprowadzającą. Tymczasem okazuje się, że za rok, dwa będą musieli tych nowych ustaw uczyć się od nowa. Nic dziwnego, że ludzie coraz bardziej stronią od prowadzenia biznesu, skoro trzeba wkuwać więcej niż na lekcjach chemii i fizyki razem wziętych.
Ale mnie w tym wszystkim zastanawia co innego. Do tej pory wydawało mi się, że swoboda jest tam, gdzie NIE MA przepisów. Czyli o wiele swobodniej czuję się na drodze przebiegającej przez należącą do mnie ziemię, niż na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Dlaczego? Bo więcej przepisów reguluje sposób zachowania się i poruszania na Marszałkowskiej niż na moim podwórku.
Równie naiwnie myślałem o biznesie - że swobodę gospodarczą ma się wtedy, gdy przepisów jest jak najmniej. Czyli - gdy mogę dowolnie kształtować swoje stosunki z kontrahentami i klientami i gdy nie mam na karku ciągle jakichś reguł, przepisów i urzędów. Zgodnie ze starą zasadą - co nie jest zabronione, jest dozwolone.