Po wielu przepychankach, jak to zwykle, Sejm uchwalił ustawę wprowadzającą zmiany w waloryzacji emerytur i rent. Waloryzacja świadczeń będzie się odbywać, gdy skumulowana inflacja przekroczy 5%. Jak wiadomo, przyjęcie propozycji komisji sejmowej i obniżenie tego poziomu do 3% oznaczałoby brak oszczędności w budżecie w przyszłym roku. Ciekawe są jednak nowe wyliczenia oszczędności związanych z tą ustawą, przedstawione przez ministra polityki społecznej Krzysztofa Patera, a mówiąc bardziej konkretnie - założenia średniorocznej inflacji w kolejnych latach, które posłużyły do szacunków oszczędności.

Przyjęto bowiem, że średnioroczna inflacja w roku bieżącym (co w związku z brakiem konieczności waloryzacji wpływa na oszczędności budżetowe w 2005 r.) wyniesie 4%. Jak wiemy, inflacja w styczniu tego roku wyniosła 1,6%, rosnąc następnie do 4,4% w połowie roku, a średnia za pierwsze półrocze to 2,5%. Aby osiągnąć czteroprocentową średnią dla całego roku, CPI musiałby pozostawać na poziomie powyżej 5% rok do roku od lipca do grudnia (dajmy na to 5% w III kw. i 6% w IV)!

Czyżby rząd był aż tak bardzo pesymistyczny co do perspektyw inflacyjnych? Nie wydaje się, tym bardziej że tego samego dnia wicepremier Jerzy Hausner stwierdził, że inflacja w grudniu wyniesie 3-4%. Wydaje się natomiast, że sprytnym zabiegiem było założenie negatywnego scenariusza inflacyjnego w roku bieżącym, aby pokazać wysokie oszczędności w roku przyszłym (3,7 mld zł). To jednak nie koniec.

Minister Pater wykazał się nad wyraz posuniętym optymizmem przy prognozowaniu inflacji na rok przyszły. Założył bowiem średnioroczną inflację na poziomie 2,8%! Jak można się domyślić, oznaczałoby to supergwałtowny spadek inflacji, skoro, według prognoz ministerstwa, inflacja powinna skończyć ten rok (rozpocząć następny) na poziomie 6%, aby spełnić wcześniejszą prognozę. Ale i ten przypływ optymizmu nie odbył się zapewne bez powodu. Pamiętajmy bowiem, że waloryzacja świadczeń odbędzie się w roku 2006 na podstawie skumulowanej inflacji z dwóch poprzednich lat. Skoro więc należało być pesymistą inflacyjnym na 2004 r., to już w następnym trzeba było uważać, żeby skumulowany wskaźnik nie zjadł za dużo "oszczędności".

A takim sposobem, nawet po przegłosowaniu wypłat związanych z likwidacją starego portfela na kwotę kilku miliardów złotych, łączne oszczędności z tytułu przyjęcia wspomnianej ustawy na lata 2005-2007 nie zmieniły się zbytnio w porównaniu z pierwotną wersją tzw. planu Hausnera. Podobnych sztuczek nie powstydziliby się czarodzieje z kolejnej części przygód Harry'ego Patera..., o przepraszam Pottera.