Mamy nowego ministra finansów. Bodajże czwartego od początku tej kadencji parlamentarnej. Nie dziwi więc fakt, że przy tak dużej kadrowej rotacji na tym stanowisku każdy z trzech poprzednich ministrów kierował resortem finansów mniej więcej około roku. Kadencja obecnego ministra rysuje się niewiele lepiej. Cykl polityczny sprawia, że nawet w najlepszym przypadku będzie on zasiadać w ministerialnym fotelu około roku. Chyba że zdarzy się (polityczny) cud. A na to w tej chwili się nie zanosi.
Jeszcze smutniejsze jest to, że powyższa zmienność kadrowa nie jest przypadłością tylko i wyłącznie obecnego środowiska politycznego. Sądząc po doświadczeniach ostatnich kilkunastu lat można śmiało powiedzieć, że szanse ministra finansów na przetrwanie pełnej kadencji parlamentarnej podobne są do szans heretyka, który przypadkiem trafił na doroczny zjazd inkwizycji. Liczby nie kłamią: od początku lat dziewięćdziesiątych przeciętna kadencja ministra finansów była niewiele dłuższa niż rok, a tylko dwóm osobom udało się przetrwać na tym stanowisku więcej niż dwa lata.
Konsekwencje takiego stanu rzeczy są niezbyt zachęcające. Cóż można zrobić w ciągu roku? Przygotować jedną ustawę budżetową? To na pewno, lecz niewiele więcej. Dlatego z niedowierzaniem można popatrzeć na ambitne, średniookresowe plany fiskalne. Cóż z tego, że wyglądają ładnie, jeśli za rok pojawi się kolejny minister, być może z zupełnie innym poglądem na problemy polityki budżetowej? Taka sytuacja nie służy również wiarygodności polityki gospodarczej. Posłużmy się analogią bliższą środowisku giełdowemu. Czy wiarygodna jest spółka, w której prezes co roku zmienia dyrektora finansowego?
W tym miejscu narzuca się wniosek, że polskiej polityce budżetowej dramatycznie brakuje ciągłości. Jednak, patrząc na polityczne status quo, nie zanosi się na to, by ten dość chaotyczny stan rzeczy miał się w najbliższym czasie zmienić. Oznacza to, że wciąż najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla polityki fiskalnej jest życie od budżetu do budżetu. I nie można być pewnym, że to, czego dokona obecny minister, przetrwa dłużej niż jego kadencja. Nikt bowiem nie wie, czy czekający nas po najbliższych wyborach parlamentarnych nabór na stanowisko ministra finansów nie będzie przypominać konkursu na osobę mądrzejszą od króla Salomona. Przynajmniej w tym - przysłowiowym - sensie, że będzie potrafić nalać z próżnego. Bo wypowiedzi polityków wciąż wskazują, że pomysł, by być mniej hojnym w nalewaniu tego, co jest, nie jest tak pociągający jak nadzieja na cud.