Inwestorzy, którzy lubią tego typu spekulacje, mają obecnie do wyboru dwie historyczne analogie dla obecnej sytuacji w światowej gospodarce: silnego - jeszcze niedawno - cyklicznego wzrostu gospodarczego (i bardzo dobrych nastrojów przedsiębiorców), akcji na wysokich poziomach (i cały czas rekordowo dobrego nastroju inwestorów), słabego dolara, drogich surowców, rosnących wskaźników inflacji, taniejących obligacji i rosnących krótkoterminowych stóp. Każdy z tych elementów występował zarówno w 1972 roku, jak i w 1987 roku. Występuje również obecnie. W obu przypadkach konsekwencje opisanej powyżej mieszanki wybuchowej były takie, jakie musiały - na dłuższą metę - być. Z punktu widzenia spekulanta czy nawet średnioterminowego inwestora scenariusze z lat 1972 i 1987 istotnie się jednak różniły. W 1987 roku powietrze uszło z globalnego giełdowego balonu w trakcie jednego szybkiego, trwającego 3 miesiące załamania pomiędzy sierpniem a październikiem, po którym powróciła hossa. W 1972 roku rynek akcji w USA zdołał utrzymywać się na wysokim poziomie pomiędzy marcem a połową października, a następnie do stycznia 1973 wykonał ostatni kilkunastoprocentowy zryw, po czym przez następne 2 lata główne indeksy straciły prawie połowę wartości.

Przez minione pół roku bliższa była mi raczej analogia z 1987 rokiem (bardziej spektakularna, ale i mniej bolesna na dłuższą metę). Tegoroczne zachowanie rynków lepiej pasuje jednak do tego, co działo się 32 lata temu. Być może znaczący jest fakt, że zarówno 2004, jak i 1972 są latami wyborów prezydenckich w USA, co czyni prawdopodobieństwo przedwyborczego załamania statystycznie znikomym (w przeciwieństwie do słabości w latach 2005-2006). Gdyby rynki nadal trzymały się tego wzorca, to obecny marazm na świecie utrzyma się do sezonowego dołka w okolicach października, a późniejszy cykliczny wzrost wyniesie indeksy głównych rynków akcji do 3-letnich maksimów w styczniu (DJIA powyżej 11 000 pkt). Rynki mają na podjęcie decyzji w sprawie wyboru scenariusza jeszcze całe 2 miesiące.