Wakacje dla dziennikarzy to najgorszy okres. Nie dzieje się zwykle prawie nic, a pisać przecież trzeba. Poza tym - wszyscy, do których człowiek dzwoni, są na urlopach. I tylko biedny dziennikarz siedzi w pracy.
W normalnych gazetach sięga się w takim okresie po dość dziwne tematy - ot, wampiry, zabobony itd., itp. Podejrzewam, że swoje zabobony ma i branża finansowa, ale jakoś nie chce się do tego przyznać. A byłoby to ciekawe - np. wyznanie typu: nie kupuję akcji, których liczba wynosi 44. Albo stwierdzenie ministra finansów, mówiącego, że budżet, który spadł na podłogę, trzeba przydepnąć albo nowelizować. Ale - jak już mówiłem - finansiści nie chcą coś się przyznawać do wiary w tego typu gusła, więc gazety finansowe jako jedyne pozostają w okresie kanikuły śmiertelnie poważne.
Jednak wakacje to także okres, gdy widać, że wiele rzeczy, bez których ludzkość pozornie nie może się obejść, jest tak naprawdę niepotrzebna. Ot, choćby dom czy mieszkanie - w wakacje wielu ludzi mieszka pod namiotami i sobie chwali. Może nie podczas tegorocznych wakacji i nie w naszym kraju, ale generalnie - namioty z powodzeniem zastępują dach.
Innym odkryciem jest to, że państwo znakomicie potrafi się obejść bez Sejmu. Nagle okazuje się, że wszystkie ważne ustawy nie są aż takie ważne, żeby ich nie odłożyć o miesiąc. Razem z posłami znikają z Sejmu podziały polityczne i nagle mamy Front Jedności Narodu, którego członkowie zgodnie smażą się na słońcu, choć w różnych miejscach.
Mało tego - nie ma Sejmu, ale również nie ma też sporej części ministrów. Czasem człowiek w ogóle ma wrażenie, że nie ma rządu. I co - i nic. Okazuje się, że bez tego tak samo da się żyć, jak bez ciepłej wody i telewizji.