- Nawet jeśli Jukos zbankrutuje, tak długo jak będzie wydobywać ropę, będziemy ją transportować, ponieważ nie zamierzamy popełniać samobójstwa i rezygnować z dostaw o takiej wielkości - powiedział wczoraj Salman Babajew, wiceprezes rosyjskich kolei. - Ropa jest obecnie droga i są na nią chętni - wezmę pieniądze za jej transport od kupujących - dodał. Jukos odpowiada za jedną piątą ropy i produktów ropopochodnych wywożonych z Rosji drogą kolejową.

Według Babajewa, Jukos może sprzedawać ropę pośrednikom w miejscu wydobycia, a płacić za transport mogą oni sami. Wiceprezes zapewnił, że koleje zrobią wszystko, by nie został zakłócony eksport do Chin. Ujawnił przy okazji, że Jukos opłacił transport do tego kraju co najmniej do końca przyszłego tygodnia.

Zdaniem komentatorów, zapowiedzi szefostwa rosyjskich kolei - firmy w całości kontrolowanej przez państwo - mogą oznaczać, że władze za wszelką cenę będą starały się utrzymać zagraniczne rynki zbytu. Jukos zapewnia ok. 20% rosyjskiego eksportu ropy. Łącznie koncern wydobywa ok. 1,7 mln baryłek surowca dziennie (więcej niż np. zrzeszona w OPEC Libia), z tego koleją transportuje ok. 400 tys.

Groźba rychłego bankructwa Jukosu, od którego komornicy dochodzą spłaty 3,4 mld USD zaległych podatków za 2000 r., spowodowała w pierwszym tygodniu sierpnia panikę na giełdach paliwowych, windując ceny ropy do poziomów najwyższych w historii. W niedzielę dyrektor finansowy koncernu Bruce Misamore powiedział brytyjskiemu dziennikowi "Financial Times", że Jukos może zostać zmuszony ogłosić upadłość nawet za kilka dni, jeśli władze nie odmrożą jego rachunków bankowych. Jukos nie ma dostępu do kont, przez które przepływa ok. połowy z 1,8 mld USD jego miesięcznych transferów pieniężnych.

Bloomberg