Wtorkowy wzrost indeksu największych spółek możliwy był z kilku powodów: dynamicznego odbicia na rynku amerykańskim, dobrego zachowanie giełd zachodnich oraz przełamaniem poziomu 12000 pkt. przez węgierski BUX. To była także opóźniona reakcja na dobre wyniki spółek, wyprzedanie polskiego rynku akcji i niskie notowanie WIG20 na tle zachowania innych giełd.

W ostatnich kilku tygodniach indeks WIG20 balansuje w okolicy poziomu 1640 pkt. Tak się akurat składa, że znajduje się tam 50-proc. zniesienie fali wzrostowej, zapoczątkowanej jeszcze w listopadzie ubiegłego roku. Ostatnio WIG20 aż czterokrotnie bronił się przed spadkiem poniżej tego poziomu. Dlatego w krótkim terminie można traktować go (1640 pkt.) jako silne wsparcie. W dłuższym terminie poziom ten nie powinien stanowić większej bariery dla niedźwiedzi. W mojej ocenie rynku nie zaszły żadne zmiany - nadal uważam, że realizacji powinna doczekać się formacja flagi na indeksie, która sprowadzi jego wartość istotnie w dół. Co ciekawe, uważam, że aby teoria ta miała się nie spełnić, to nie czynniki techniczne, ale fundamentalne musiałyby odegrać główną rolę. Analiza techniczna jest bezwzględnie za spadkiem, a plany niedźwiedziom pokrzyżować mogą jedynie dobre dane z gospodarki lub bezpośrednio ze spółek.

Na wykresie gołym okiem widoczna jest seria coraz niższych górek, co świadczy, że potencjał (i wiara) graczy w przebicie poprzedniego wierzchołka maleje z każdą próbą. A jeśli dodać do tego wartość obrotu, rosnącego na spadkach, to wiadomym staje się, że każdy wzrost wykorzystywany jest do sprzedaży nieco droższych akcji. A gdy komuś się to nie uda, to "goni" za rynkiem podczas sesji spadkowych.

Mankamentem wtorkowej sesji był wspomniany wyżej niski obrót, który sprawia, że ten wzrost (jak i poprzednie) jest niewiarygodny. Pojedyncza zwyżka, mimo że dosyć pokaźna, nie mogła mieć wpływu na wskaźniki. I nie miała - nadal większość z nich zachowuje się neutralnie, po tym jak wcześniej wygenerowały sygnały sprzedaży.