Wczorajsza sesja niestety niczego nie wyjaśniła. Mała zmienność cen przy małej aktywności to nie jest to, czego należało oczekiwać. Nie jest to jednak sesja zupełnie stracona - pojawiło się kilka ciekawych elementów, które mogą wpłynąć na przebieg notowań w następnych dniach.

Nie ma co ukrywać, że popyt nie popisuje się siłą. Kolejny niewielki wzrost przy niskiej aktywności graczy nie może być podstawą do oceny rynku jako silnego. Ten zastój popytu ma miejsce już od kilku sesji. Jest on tym słabszy, im wyżej wędrują ceny. To niestety nie jest dobrym prognostykiem na najbliższe dni.

Wczoraj najsilniej rynek zachowywał się na początku notowań, gdy był jeszcze na fali dobrej piątkowej sesji w Stanach oraz wzrostów w Azji, a także dobrym początku notowań w Europie. Po krótkim spadku rynek jeszcze raz się podniósł po nieco lepszych danych o dynamice sprzedaży detalicznej. Kontrakty już jednak nie przekroczyły porannego maksimum. Tu nie wystarczyło małe kupno. Podniesienie cen na tym poziomie wymaga już poważnego kapitału. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na wykres. Wczoraj dotknęliśmy poziomu dwóch poważnych oporów. Po pierwsze jest to poziom luki bessy z początku sierpnia, po której na wykresie pozostała wyspa. Drugim oporem jest linia trendu spadkowego. Jest ona oparta o cztery wcześniejsze lokalne szczyty.

Taka słabość w okolicy ważnych oporów nie pozwala na optymizm. Wpisuje się to w cały wzrost z ostatniego tygodnia. Właściwie od początku nie towarzyszył mu obrót, który wskazywałby na to, że stoi za nim poważny kapitał. Wygląda więc na to, że powoli kończy się ten wzrost. Do pokonania wspomnianych oporów trzeba czegoś więcej niż tylko markowania kupna. Podaż powoli zaczyna być aktywna i jeśli popyt zdecydowanie nie zaatakuje, to możemy być świadkami odwrotu.