Pracownicy i inni akcjonariusze prowadzącej najpopularniejszą na świecie wyszukiwarkę internetową kalifornijskiej spółki, którzy posiadali jej papiery przed ofertą publiczną, mogą je sprzedawać po 15 dniach od debiutu na giełdzie. Stosunkowo szybko, bo z reguły prospekt emisyjny pozwala na to po 180 dniach.
Mimo że po debiucie Google znalazło się na 11. miejscu pod względem kapitalizacji wśród firm z rynku Nasdaq (27,5 mld USD), minie jeszcze sporo czasu, zanim firma zostanie uwzględniona w indeksie pięciuset największych amerykańskich korporacji. Przy takiej okazji udziałowcy mogliby liczyć na spore zyski, bo znacznie zwiększyłby się popyt na jej papiery - kupowałyby je fundusze odzwierciedlające jego skład. Za S&P 500 podąża kapitał w wysokości 1,1 bln USD, prawdopodobnie największy spośród wszystkich indeksów na świecie. Jak wyliczył bank inwestycyjny Lehman Brothers, spółki, które na przestrzeni minionych czterech lat zostały włączone do wskaźnika, przeciętnie drożały o 8,2% podczas pierwszego notowania po tym fakcie. Wczoraj papierami Google handlowano po ok. 100 USD, 18% wyżej od ceny emisyjnej, która wyniosła 85 USD.
Podstawowy powód, dla którego Google nie może zostać włączony do S&P 500, to zbyt niski odsetek akcji w publicznym obrocie. Kadra zarządzająca i członkowie rady nadzorczej kontrolują 55% z 271 mln walorów. Do S&P 500 kwalifikują się natomiast spółki mające w wolnym obrocie co najmniej połowę akcji. - Kiedy free float Google wzrośnie do 50%, nieważne kiedy to się stanie - za sześć miesięcy czy za sześć lat - przyjrzymy się firmie - powiedział David Blitzer, prezes komitetu ds. indeksów S&P.
Inny warunek stawiany przez S&P to cztery kolejne kwartały z zyskiem po ofercie publicznej. Tutaj zdarzają się jednak wyjątki - największy amerykański ubezpieczyciel, MetLife, został włączony do indeksu po ośmiu miesiącach od debiutu na giełdzie. Tyle że MetLife działał już w XIX wieku, natomiast Google powstało zaledwie sześć lat temu, a zyski wykazuje od 2001 r.
Dla Google wyjątku nie będzie, tym bardziej że - jak wskazują specjaliści - S&P przymierza się do przeszacowania sztandarowego indeksu tak, aby wagi poszczególnych spółek były oparte na liczbie akcji w wolnym obrocie, a nie na całkowitej kapitalizacji. Zmiana, planowana na wrzesień przyszłego roku, spowodowałaby spadek udziału Google we wskaźniku.