Kilka dni temu siadłem wygodnie w fotelu, sięgnąłem po przygotowaną wcześniej herbatę (bez alkoholu, żeby nie było wątpliwości) i zacząłem oglądać w telewizji, co ciekawego dzieje się na świecie. Jednym z ważniejszych tematów gospodarczych była kwestia zmian w systemie ubezpieczeń społecznych. Czyli mówiąc innymi słowy i wprost: projekt podniesienia składki na ZUS. Znamy go od kilku miesięcy (projekt oczywiście, bo ZUS - niestety - znacznie dłużej) i budzi on, przynajmniej wśród ludzi związanych z praktyką gospodarczą, wciąż tak samo silną odrazę.

Sama koncepcja jest jaka jest (tzn. jest zła), już zdążyłem się do niej przyzwyczaić (co nie znaczy, że ją akceptuję), ale rozbroiła mnie szczerość ministra, który w moim małym telewizyjnym okienku na jej temat się wypowiedział. Wcześniej, w przygotowanym przez dziennikarzy materiale, telewidz mógł się dowiedzieć, że składki w niektórych przypadkach mają wzrosnąć o ponad tysiąc złotych. Przy czym dotyczy to osób, których przychód wcale nie jest astronomicznie wysoki i z całą pewnością zmianę wyraźnie odczują. Minister ów rozbroił mnie głównie tym, że oto on, czy też szerzej jego ministerstwo lub wręcz cały rząd, jawi się jako mąż opatrznościowy polskich przedsiębiorców. Dzięki niemu bowiem, a dokładnie jego pomysłowi dotyczącemu podniesienia składek, starość polskich przedsiębiorców będzie zabezpieczona! Bo przecież skądinąd wiadomo, że przedsiębiorcy wcale nie chcą jej zabezpieczać, wydają wszystko na bieżąco i w dodatku pewnie jeszcze nie tak, jak rzeczony minister by sobie tego życzył...

Rozpoczął się festiwal wyborczy. Widzimy to na każdym kroku. Jednym, lepiej zarabiającym, podatki będzie się podwyższać, żeby innym, mniej zarabiającym, było lepiej. W sumie można by przystać na takie działania, pod warunkiem że rzeczywiście biednym byłoby lepiej, i to lepiej nie tylko doraźnie, ale w długim okresie. Takiej gwarancji jednak nie ma, nie wiadomo bowiem, gdzie dokładnie poszłyby dodatkowe środki. Wie o tym nawet wicepremier polskiego rządu. Słyszałem jej wypowiedź dotyczącą problemu głodujących dzieci (który zresztą jest przerażający, to wstyd, że dochodzi w Polsce do takich sytuacji). Otóż teza brzmiała: pieniędzy jest dość, zawodzi jednak system ich dystrybucji. Nic dodać, nic ująć.

Problem ze składkami na ZUS jest jednak poważniejszy. Koncepcja powstała bowiem wcześniej i trudno ją uznać za wyborczą kiełbasę, tym bardziej że uderza przecież także w ludzi wcale nie tak bardzo zamożnych. Pisałem już kiedyś na tych łamach i jeszcze raz to powtórzę: rozumiem chęć różnicowania składki ZUS w zależności od wysokości przychodów. Ale obecny projekt jest kompletnie niedorzeczny. Zmusi ludzi do wchodzenia w szarą strefę. Dla właściciela budki z watą cukrową, małego sklepiku albo taksówki w niewielkim polskim miasteczku już dzisiejsze 700 złotych miesięcznie jest kwotą zabójczą. Tymczasem minimalna składka zostanie podniesiona o jedna trzecią! O co więc chodzi?! Kto to wymyślił!? I po co, bo przecież na pewno nie po, żeby pomóc polskiej gospodarce! Widzimy, że podstawowym jej problemem jest tworzenie nowych miejsc pracy. Czy ten pomysł w tym pomoże? Bez żartów...

Może prawdą jest to, że niektórzy politycy żyją w innym świecie. To pewnie dlatego pojawiają się ich kuriozalne wypowiedzi. A to jeden ma problemy z wyżyciem ze swojej pensji, a to inny chce nam na siłę poprawiać starość. Tylko że jakoś do końca nie jestem pewien, czy mu się to poprawianie uda. Wolę spróbować sam.