- Globalna konkurencja zmusza każdego do robienia czego tylko się da, żeby w nieskończoność utrzymywać niskie koszty. A dzięki pracownikom tymczasowym jest nie tylko taniej, ale można też zwiększać i zmniejszać zatrudnienie stosownie do potrzeb - mówi Trigg Copenhaver, dyrektor finansowy firmy Virginia Panel, produkującej złącza dla przemysłu elektronicznego. Dwa lata temu spółka zdecydowała, że z tworzeniem nowych etatów poczeka na poprawę w gospodarce. Strategia zwiększania liczby nadgodzin i przyjmowania pracowników tymczasowych okazała się jednak aż nadto skuteczna i firma nadal ją stosuje.
Podobnie jak Virginia Panel, postąpiło wiele amerykańskich korporacji. Wyliczenia mówią, że zasoby amerykańskiej siły roboczej liczą obecnie 131,5 mln pracowników. Z tego aż 24,2 mln osób to niepełnoetatowcy, a ich liczba od listopada 2001 r. wzrosła o 1,2 mln osób. Ponadto firmy zatrudniają coraz więcej osób na czas określony - obecnie 2,6 mln, ponad 300 tys. więcej niż trzy lata temu.
Także najwięksi giganci nie są skorzy do tworzenia nowych etatów. W amerykańskich zakładach Toyoty aż jedna dziesiąta pracowników produkcyjnych (z łącznej liczby 25 tys.) jest zatrudniona tymczasowo lub na niepełny etat. Największe sieci sprzedaży detalicznej ograniczyły zatrudnienie, powierzając niektóre aspekty działalności - jak sprawy kadrowe czy serwis sprzętu komputerowego - firmom z zewnątrz. Best Buy, numer 1 w sprzedaży elektroniki, w czerwcu zawarł taką umowę z firmą Accenture, transferując do niej ok. 600 swoich pracowników. Miesiąc później to samo zrobiła sieć Sears, dogadując się z Computer Sciences i zmniejszając zatrudnienie o 200 osób.
Ekonomiści z Instytutu Polityki Gospodarczej (EPI) w Waszyngtonie twierdzą, że popularność "alternatywnych" form zatrudnienia jest z jednej strony wynikiem presji ze strony akcjonariuszy, którzy oczekują od spółek wykazywania zysków nawet w obliczu spadającego popytu, a z drugiej - rosnących kosztów utrzymywania pracowników pełnoetatowych, m.in. coraz większych wydatków na ubezpieczenia medyczne. Jared Bernstein, starszy ekonomista EPI, porównuje zmiany w polityce zatrudnienia do przemian w zarządzaniu zapasami, które nastąpiły w latach 80. Wówczas firmy doszły do wniosku, że należy zamawiać tylko tyle komponentów i części zamiennych, ile potrzeba.
Bloomberg