Sunęło wczoraj przede mną, ze zdecydowanie nieprzepisową prędkością, piękne zielone auto o charakterystycznym numerze rejestracyjnym PKO AXXX (cyfry do wiadomości redakcji). Szybko wysforowało się na czele zmierzającego w stronę Centrum peletonu. No, pomyślałem, to dobra wróżba. Rynek wchodzi wszak w znak PKO... Trwa mrówcza krzątanina nad ofertą. Wsadźmy kij w to mrowisko...
Mit pierwszy - zagranica musi być (bo zawsze była?). Sporo hałasu narobiła uchwała Sejmu w sprawie PKO. Niepotrzebnie, oczywiście. Być może jest niezgodna z prawem unijnym (jeśli nie z literą, to na pewno z duchem wspólnych regulacji). Ale zaproponowane przez posłów rozwiązanie (brak transzy zagranicznej) już chyba nie. Bo zważmy: z pewnością w prospekcie banku znajdzie się zapis wskazujący, że sprzedający ma pełną swobodę przesuwania akcji między transzami. To przecież standard na naszym rynku. Ponadto, nie ma żadnego obowiązku wydzielania puli akcji dla określonej grupy inwestorów: zagranicy, instytucji, pracowników czy drobnicy. Innymi słowy, istnieje pełna swoboda kształtowania oferty. Nieprawdziwe jest z pewnością stwierdzenie, że bez zagranicy nie uda się dobrze sprzedać papierów. Niby dlaczego? Bo brakuje kapitału na naszym podwórku? To dlaczego w niedawnym book buildingu małego przecież Compu Rzeszów deklaracje instytucji opiewały na 3 mld zł? To tylko jeden przykład, że od kilku lat mamy problem z podażą, a nie z popytem.
Mit drugi - zagrożone wpływy budżetowe. Wiadomo: Skarb Państwa chce zgarnąć jak najwięcej. I ma rację. Ale nie wydaje mi się, żeby miał problemy z osiągnięciem celu, gdyby oferta PKO BP była skierowana przede wszystkim do drobnych graczy. Jej wartość szacuje się na około 6 mld zł. Gdyby w całości akcje sprzedawane były w ramach lokat prywatyzacyjnych, a wartość tych ostatnich została utrzymana w granicach - 500-20 000 zł - konieczna byłaby mobilizacja kilkuset tysięcy kupujących. Przyjmijmy średnią wartość lokaty na poziomie 10 tys. zł: Do okienek bankowych musiałoby się udać 600 tys. Polaków.
Fakt, to sporo. Ale przypomnijmy sobie, ile osób uczestniczyło w sprzedaży akcji innych gigantów. Po papiery BSK poszło 800 tys. (!) osób. Po Orlen mniej niż 200 tys., ale popyt ze strony indywidualnych graczy sięgnął 13 mld zł (!) - o około 30% więcej niż ówczesna kapitalizacja firmy. Prezes Rozłucki mówił wtedy, że marzy mu się oferta z udziałem 1-2 mln osób. Marzenia czasem się spełniają. Wystarczy podobno bardzo chcieć.
Po wtóre, biura maklerskie wciąż rejestrują prawie 800 tys. rachunków inwestycyjnych (KPWiG mówi o prawie 1 mln). Wiem, w najlepszym razie tylko kilka procent jest aktywnych. Ale ktoś kiedyś w jakimś celu pozostałe również założył i użył bądź gotów był użyć. Teraz tylko trzeba go przekonać, że ma ku temu dobrą okazję.