We wtorek przez giełdę przewinęło się prawie 15 mln akcji, wczoraj niewiele ponad 11 mln. Spadek wolumenu o ponad 25% to efekt publikacji prospektu emisyjnego PKO BP. Dokument liczy 932 strony - grubszej księgi w historii polskiej prywatyzacji nie przypominam sobie. Wczorajszy dzień zapewne większość inwestorów spędziła na wertowaniu publikacji. Pytanie tylko, czy nie zmarnotrawili czasu? Mam na myśli inwestorów indywidualnych - dla instytucjonalnych zapoznanie się z prospektem to zawodowy obowiązek.

W poniedziałek, jeśli myślą o założeniu lokaty prywatyzacyjnej, przyjdzie im się zmierzyć z brutalną siłą ABS-ów, czyli osobników Absolutnie Bez Szyi. Pewnie będą bez szans. Jeśli lokata prywatyzacyjna rzeczywiście przewidziana jest dla ludzi, którzy jeszcze nie zetknęli się z rynkiem kapitałowym, to mogą mieć ciekawy start. Piszę mogą, bo po pierwsze teraz są bardziej subtelne metody postawienia na swoim, co oznacza, że zwykli obywatele w inny sposób zostaną wyprzedzeni przy okienku, a po drugie, czasem naiwnie myślę, że wszystko pójdzie uczciwie.

Na rynku wtórnym problemy wciąż są te same - w trendzie wzrostowym wciąż bierze udział bardzo wąskie grono firm. Wczorajsza sesja nie spowodowała zmiany trendu na żadnej spółce z WIG20, choć wart jest podkreślenia kolejny wzrost notowań banków (swoją drogą ciekawe, czy to po lekturze prospektu PKO BP zarządzający ruszyli po akcje BZ WBK i Pekao). Ile jeszcze może trwać taka sytuacja? Przynajmniej tyle, ile hossa na rynku surowcowym. Miedź po 3 tysiące dolarów za tonę czy ropa po 50 USD za baryłkę, to dobra pożywka dla hossy na wschodzących rynkach akcji. W ten sposób w kręgu zainteresowania inwestorów zagranicznych znajduje się również Polska, którą wciąż zalicza się do tej kategorii.

Im jednak dłużej ceny surowców utrzymują się na wysokim poziomie, tym gorzej dla tempa wzrostu gospodarczego. Na razie inwestorzy - i w Polsce, i na świecie - ignorują negatywne informacje ze sfery makro i pojawiające się ostrzeżenia przed niższymi zyskami przedsiębiorstw.