Na Dubai International Financial Exchange (DIFC) będzie można obracać obligacjami emitowanymi przez rządy Dubaju, Kataru i innych krajów z Zatoki Perskiej oraz akcjami spółek z państw regionu, ale np. również z Indii - poinformował Steffen Schubert, dyrektor generalny DIFC. Przyczyny opóźnień są czysto techniczne. Międzynarodowe instytucje, które mają brać udział w obrocie, nie zdążą przygotować się do rozpoczęcia działalności już w marcu przyszłego roku. Wśród światowych potentatów, którzy wykupili już licencję na DIFC, znajdują się szwajcarski bank - Julius Baer czy brytyjskie instytucje znane z obecności w Azji - HSBC i Standard Chartered.
DIFC ma duże szanse powodzenia. Obecnie zachodni inwestorzy mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania kapitału w aktywa z krajów arabskich. A gratką może być np. kupowanie obligacji tych zasobnych w ropę naftową bogatych krajów. Jednym z wyjątków są papiery rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którymi handluje się w Luksemburgu.
Na przykład giełda w Arabii Saudyjskiej, której kapitalizacja wynosi 227 mld USD, jest prawie całkowicie niedostępna dla zachodniego kapitału. Gracze z Europy czy USA mogą tam lokować kapitały tylko za pośrednictwem funduszy powierniczych. A tamtejszy indeks, Tadawul All Share, korzystając przede wszystkim z wysokich cen ropy, zyskał w tym roku aż 53%. Za pośrednictwem rynku w Dubaju zagranica otrzyma dostęp do tych aktywów. Także Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały, że w marcu wyemitują w Dubaju obligacje za 500 mln USD.
Jednym z organizatorów arabskiego rynku jest Euronext, czyli sojusz czterech europejskich giełd z Paryża, Amsterdamu, Brukseli i Lizbony, kontrolujący także londyński rynek derywatów Liffe.