Przed czterema laty różnice w głosach oddanych na kandydata republikanów George?a Busha i demokratów - Ala Gore?a była tak niewielka, że przez kilka dni liczono powtórnie głosy, przede wszystkim na Florydzie, by wyłonić zwycięzcę. Głosowanie miało miejsce 7 listopada 2000 r., ale dopiero 12 grudnia sąd ostatecznie orzekł, że nowym prezydentem będzie George Bush. 8 listopada, dzień po wyborach, inwestorzy zareagowali wyprzedażą akcji na brak jednoznacznych wyników głosowania. Indeks S&P 500 stracił wówczas 1,6%. Do 12 grudnia wskaźnik stracił kolejne prawie 3%.
- Myślę, że podczas obecnych wyborów sytuacja może się powtórzyć - twierdzi, cytowany przez CNNfn, Greg Valliere, główny analityk Schwab Washington Research Group. Oznacza to, że po 2 listopada, na kiedy zaplanowane jest głosowanie, indeks S&P 500, podobnie jak 4 lata temu, może rozpocząć marsz w dół. - Niepewność to największy wróg rynku - ostrzega Valliere.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że podobnie jak podczas poprzednich wyborów Amerykanie będą musieli dłużej czekać na informację, kto będzie nowym prezydentem? Według specjalistów, dość duże. Same partie bardzo poważnie rozważają taką możliwość. Świadczy o tym fakt, że już mobilizują całe sztaby prawników, którzy w razie potrzeby zmierzą się w sądach. Portal Election.org zasugerował w tym tygodniu, że taka opcja jest bardzo możliwa. Jeden z komentatorów portalu - George Will - postawił nawet śmiałą tezę, że spory mogą potrwać tak długo, iż zwycięzcę wyborów świat pozna dopiero w... maju przyszłego roku!
Według G. Valliere, już teraz można stawiać tezę, że ostatnia słabsza koniunktura na amerykańskich rynkach akcji to w dużej mierze efekt niepewności przed wyborami. - Oczywiście nie należy zapominać o wysokich cenach ropy ograniczających wzrost gospodarki, ale napięcie przed wyborami wzrasta, również wśród giełdowych graczy. To jeden z powodów, dla których indeks Dow Jones spadł niedawno w okolice 9850 pkt - uważa amerykański specjalista.