Reklama

Gospodarka w cieniu polityki zagranicznej

Dzisiejsze wybory w Stanach Zjednoczonych odbywają się jak zawsze w pierwszy wtorek, po pierwszym poniedziałku listopada. I właściwie tylko termin jest taki sam, jak podczas poprzednich elekcji. Natomiast po raz pierwszy od dawna, o wyborze prezydenta może zdecydować nie program gospodarczy kandydatów i ich dokonania w tej dziedzinie, a poglądy na politykę zagraniczną czy też ściślej, możliwość zapewnienia Ameryce bezpieczeństwa.

Publikacja: 02.11.2004 09:18

To pierwsze wybory po 11 września 2001 r., a więc po ataku przeciwnika na terytorium kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Czegoś takiego nigdy wcześniej Amerykanie nie doświadczyli. W większości popierają zatem George?a W. Busha za szybkie i zdecydowane kontrakcje wymierzone w terrorystów. O ile jednak nikt nie ma wątpliwości, że trzeba było zaatakować Afganistan rządzony przez Talibów, zniszczyć bazy Al-Kaidy i jej szefa Osamę bin Ladena, o tyle interwencja w Iraku nie ma już tylu zwolenników.

Po pierwsze dlatego, że niemal codziennie giną tam amerykańscy żołnierze, a po drugie okazało się, że Saddam Husajn nie zagrażał Ameryce. Był wprawdzie okrutnym dyktatorem, ale ani nie miał broni masowego rażenia, ani nie udowodniono mu żadnych związków z terrorystami, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone.

Podzielone NATO

Wojna w Iraku podzieliła Sojusz Północnoatlantycki. Konflikt jest wyjątkowo w Europie niepopularny. Choć niemal połowa Amerykanów popiera politykę zagraniczną Busha, w Europie jest ona krytykowania przez ponad 70% ankietowanych. Europejczycy, i to nie tylko prezydent Chirac czy kanclerz Schroeder, tak bardzo nie chcą ponownego wyboru Busha, że wszystkie nadzieje na zmianę polityki USA lokują w Kerrym, mimo że zmiana lokatora Białego Domu może poprawić jedynie atmosferę wzajemnych stosunków. Bo na korektę merytoryczną niewiele wskazuje. Fachowcy są na ogół zgodni co do tego, że każdy prezydent USA będzie kontynuował walkę z terroryzmem i żaden nie wycofa się z Iraku. Jeśli jednak wygra Bush, to nie można wykluczyć stopniowej eskalacji militarnej, a jeśli zwycięży Kerry, to prawdopodobne jest stopniowe łagodzenie sytuacji.

W programach polityki zagranicznej obu kandydatów jest wiele wspólnych punktów, a niekiedy zmieniają się jedynie akcenty. Nie wolno zapominać o roli Kongresu w kształtowaniu amerykańskiej dyplomacji, a wygląda na to, że niezależnie od tego, kto zdobędzie Biały Dom, Izba Reprezentantów i Senat pozostaną w rękach republikanów.

Reklama
Reklama

Gospodarka nie była

mocną stroną Busha

Jak by to nie zabrzmiało przewrotnie i nieprawdziwie, spowodowana atakami terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton dominacja polityki zagranicznej w tegorocznej kampanii wyborczej jest na rękę prezydentowi Bushowi. Jego dokonania w dziedzinie gospodarczej są bowiem dość mizerne, a niektóre decyzje mogą okazać się wręcz szkodliwe w dłuższym okresie. I to mimo relatywnej prosperity w Stanach Zjednoczonych, gdzie w czasie kadencji Busha tempo wzrostu gospodarczego wyniosło średniorocznie 2,5% w porównaniu z anemicznym 1-procentowym wskaźnikiem w strefie euro.

Krytycy Busha przypominają jednak, że wzrost ten był o wiele wolniejszy niż za czasów Billa Clintona. A poza tym statystyki ukrywają oczywisty fakt, że przeciętnej amerykańskiej rodzinie powodzi się gorzej niż trzy i pół roku temu. Średni realny dochód spadł o ponad 1,5 tys. USD w skali roku. Amerykanie muszą zaciskać pasa, bo płace nie nadążają za inflacją i wzrostem podstawowych opłat gospodarstw domowych. Krótko mówiąc, z całego tego wzrostu skorzystali tylko ludzie mający najwyższe dochody, a więc ci, którzy doskonale radzili sobie przez ostatnie 30 i więcej lat, i ci, którzy zyskali najwięcej na cięciach podatkowych wprowadzonych przez Busha.

Spadła liczba miejsc pracy

Około 45 milionów Amerykanów jest dziś pozbawionych jakiejkolwiek publicznej opieki zdrowotnej. Jest ich o ponad 5 milionów więcej niż w 2000 r. Rodziny, które pozostały w gronie ubezpieczonych, muszą płacić prawie dwukrotnie wyższe stawki - średnio 7,5 tys. USD rocznie. Do tego dochodzi rosnący strach przed utratą pracy. Od czasów bowiem Wielkiego Kryzysu z początku lat 30. ubiegłego wieku, po raz pierwszy w czasie kadencji George?a W. Busha zmniejszyła się ogólna liczba miejsc pracy w USA.

Reklama
Reklama

Zwolennicy Busha argumentują, że gospodarka zwolniła, zanim wprowadził się on do Białego Domu. Ale każdy prezydent dostaje coś w spadku po poprzedniku, a Clinton zostawił po sobie ogromną nadwyżkę budżetową sięgającą 2% PKB. Tak olbrzymie pieniądze można było przeznaczyć na sfinansowanie solidnego ożywienia gospodarki. Administracja Busha roztrwoniła jednak nadwyżkę i obniżając podatki najbogatszym zamieniła ją w jeszcze większy deficyt budżetowy, sięgający 5% PKB.

Mimo spowolnienia wzrostu gospodarczego w Ameryce stale zwiększała się wydajność. Specjaliści twierdzą, że gdyby gospodarka była dobrze zarządzana, dochody Amerykanów mogłyby nieprzerwanie rosnąć, tak jak rosły za czasów Clintona. Co więcej, gospodarką należało tak zarządzać, by wzrost wydajności był na tyle pokaźny, aby powstały nowe miejsca pracy niezbędne do wchłonięcia rosnącej liczby młodych ludzi szukających zatrudnienia.

Polityka fiskalna

dla najbogatszych

Cięcia podatkowe wprowadzone przez Busha ożywiły nieco gospodarkę i w perspektywie krótkoterminowej była ona prawdopodobnie silniejsza, niż gdyby nie było żadnej redukcji podatków. Ale w perspektywie długoterminowej nie można liczyć na utrzymanie tego efektu. Wygląda na to, że Bush nie miał na celu umocnienia gospodarki, a chodziło mu jedynie o przeforsowanie cięć podatkowych przerzucających obciążenia fiskalne jak najdalej od tych, których naprawdę stać na udźwignięcie tego ciężaru i to bez najmniejszego trudu.

Polityka Busha okazała się nie tylko niezwykle kosztowna, ale jego błędy osłabiły pozycję startową gospodarki. Przy tak olbrzymim deficycie budżetowym, wszelkie wydatki, od których zależy dobra kondycja amerykańskiej gospodarki w przyszłości, a więc nakłady na infrastrukturę, edukację czy nowe technologie, będą spychane na margines. Rekordowo niskie stopy procentowe tylko w niewielkim stopniu pobudziły inwestycje, a przede wszystkim zachęciły gospodarstwa domowe do refinansowania kredytów hipotecznych i zaciągania nowych zobowiązań. W rezultacie rośnie zadłużenie amerykańskich rodzin i coraz więcej gospodarstw domowych ogłasza niewypłacalność, a to niewątpliwie osłabi proces uzdrawiania gospodarki.

Reklama
Reklama

Gwałtownie wzrósł również dług publiczny. Ogromny deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych sprawia, że ten najbogatszy kraj świata codziennie pożycza prawie 2 mld USD z zagranicy. Jest to jedna z przyczyn słabości dolara. Zwłaszcza że nie brak prognoz zwiastujących katastrofę, gdy pewnego dnia zagranica przestanie pożyczać. Tak druzgocącą recenzję gospodarczych poczynań ekipy Busha przedstawił Joseph E. Stiglitz, profesor ekonomii na Columbia University i laureat Nagrody Nobla z 2001 r.

Kampania strachu

Mimo błędów w polityce gospodarczej Amerykanom wciąż powodzi się całkiem dobrze i dlatego kampanię przedwyborczą zdominowała problematyka międzynarodowa. Przy czym nie chodziło o zawiłości dyplomacji, a o to, który kandydat lepiej potrafi ich obronić przed zewnętrznym zagrożeniem. W czasach zimnej wojny przynajmniej było znane źródło owego zagrożenia - komunizm, a ściślej Związek Radziecki. Teraz określenie wroga jest bardzo ogólne - terroryzm. A terroryści mogą być wszędzie. Również w samolotach startujących z lotniska w Bostonie. O Bushu wiadomo, że mniej lub bardziej skutecznie będzie z terroryzmem walczył. Kerry oczywiście zapewnia, że bezpieczeństwo USA też jest dla niego najważniejsze, ale nie miał okazji tego dowieść jako przywódca państwa i wódz naczelny. Jego bohaterstwo w Wietnamie niektórzy weterani podają w wątpliwość. Stąd elementy zastraszania w kampanii wyborczej. Ale Kerry straszył tylko pogorszeniem sytuacji gospodarczej w przypadku wygranej Busha, a prezydent przekonywał, że nie zmienia się dowódcy w czasie wojny.

Rozstrzygnie głosowanie

w kilkunastu stanach

Reklama
Reklama

Ordynacja wyborcza sprawia, że wprawdzie prezydenta Stanów Zjednoczonych wybiera cały naród, ale ostateczna decyzja zapada w tych kilkunastu stanach, gdzie szanse obu kandydatów są najbardziej wyrównane. Wiadomo bowiem, że Teksas zawsze głosuje na republikanów, a Nowy Jork na demokratów. I nie ma znaczenia, ile głosów kandydaci zbiorą w całym kraju. Ważne jest jedynie to, ile zapewnią sobie głosów elektorskich. W kolegium elektorskim zasiada 538 przedstawicieli wszystkich 50 stanów USA. Elektorzy muszą głosować tak, jak zdecydowali wyborcy w ich stanach. Prezydent musi dostać co najmniej 270 głosów elektorskich, stąd tak zacięta walka w takich stanach jak Pensylwania, Floryda czy Ohio.

Czy gęsi pomogą

Kerry?emu?

Właśnie w Ohio o głosy myśliwych i wędkarzy zawalczył John Kerry, biorąc udział w polowaniu na gęsi. Sytuacja była poważna, bowiem w tegorocznych sondażach obaj kandydaci mieli tam równe szanse. W wyborach w 2000 r. głosowało 4,5 mln mieszkańców stanu Ohio, a wiadomo, że jest tam 1,4 mln wędkarzy i pół miliona myśliwych. Bush wygrał przed czterema laty w Ohio większością 165 019 głosów. W sondażu z połowy października połowa myśliwych z Ohio deklarowała poparcie dla Busha, a jedynie 36% dla Kerry?ego. Kandydat demokratów musiał więc znaleźć czas, by zaskarbić sobie większą przychylność tego elektoratu. Nawet kosztem niewinnych gęsi.

Najdroższa kampania

Reklama
Reklama

Dla Ameryki i dla świata byłoby lepiej, gdyby wyniki dzisiejszego głosowania były znane już jutro, a nie za kilka tygodni, jak przed czterema laty. Na przekonanie wyborców do swoich racji komitety obu partii wydały w tym roku prawie 4 mld USD. Najwięcej w historii USA. Przy czym są to wydatki nie tylko kandydatów na prezydenta, lecz także ubiegających się o miejsca w Kongresie oraz fundusze tzw. komitetów niezależnych. Wszelkie rekordy pobiła kampania prezydencka. W sumie George Bush i John Kerry, popierające ich partie oraz komitety i organizacje formalnie niezwiązane z kandydatami wydały na walkę o Biały Dom 1,2 mld USD.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama