To pierwsze wybory po 11 września 2001 r., a więc po ataku przeciwnika na terytorium kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Czegoś takiego nigdy wcześniej Amerykanie nie doświadczyli. W większości popierają zatem George?a W. Busha za szybkie i zdecydowane kontrakcje wymierzone w terrorystów. O ile jednak nikt nie ma wątpliwości, że trzeba było zaatakować Afganistan rządzony przez Talibów, zniszczyć bazy Al-Kaidy i jej szefa Osamę bin Ladena, o tyle interwencja w Iraku nie ma już tylu zwolenników.
Po pierwsze dlatego, że niemal codziennie giną tam amerykańscy żołnierze, a po drugie okazało się, że Saddam Husajn nie zagrażał Ameryce. Był wprawdzie okrutnym dyktatorem, ale ani nie miał broni masowego rażenia, ani nie udowodniono mu żadnych związków z terrorystami, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone.
Podzielone NATO
Wojna w Iraku podzieliła Sojusz Północnoatlantycki. Konflikt jest wyjątkowo w Europie niepopularny. Choć niemal połowa Amerykanów popiera politykę zagraniczną Busha, w Europie jest ona krytykowania przez ponad 70% ankietowanych. Europejczycy, i to nie tylko prezydent Chirac czy kanclerz Schroeder, tak bardzo nie chcą ponownego wyboru Busha, że wszystkie nadzieje na zmianę polityki USA lokują w Kerrym, mimo że zmiana lokatora Białego Domu może poprawić jedynie atmosferę wzajemnych stosunków. Bo na korektę merytoryczną niewiele wskazuje. Fachowcy są na ogół zgodni co do tego, że każdy prezydent USA będzie kontynuował walkę z terroryzmem i żaden nie wycofa się z Iraku. Jeśli jednak wygra Bush, to nie można wykluczyć stopniowej eskalacji militarnej, a jeśli zwycięży Kerry, to prawdopodobne jest stopniowe łagodzenie sytuacji.
W programach polityki zagranicznej obu kandydatów jest wiele wspólnych punktów, a niekiedy zmieniają się jedynie akcenty. Nie wolno zapominać o roli Kongresu w kształtowaniu amerykańskiej dyplomacji, a wygląda na to, że niezależnie od tego, kto zdobędzie Biały Dom, Izba Reprezentantów i Senat pozostaną w rękach republikanów.