Koło amerykańskich wyborów rynki przechodzą obojętnie. Bardziej interesują się tym, co dzieje się na rynku ropy naftowej. Stamtąd ostatnio płyną dobre wiadomości, bo notowania gatunku Brent spadły w Londynie poniżej 50 dolarów. Pytanie - na jak długo? Specjaliści od analizy wykresów dopatrzą się tak zwanej formacji podwójnego szczytu, której zbudowanie zapowiada spadek notowań. To już w tym roku się zdarzało kilka razy na rynku ropy - zatrzymanie wzrostów, później spadek. Jak wiadomo, hossa nie została zakończona. Rytm rynku jest w miarę regularny - 30-procentowe fale wzrostowe są przerywane 12-15-procentowymi korektami. W tym roku zakończyły się już dwa takie cykle. Tym razem notowania ropy nie spadły od szczytu nawet 10%. Trudno na tej podstawie stwierdzić, żeby na rynku doszło do jakiegoś przełomu i czas drogiej ropy się zakończył.
Jednym z ważniejszych czynników, który zatrzymał notowania ropy, jest dolar. Spadek amerykańskiej waluty względem euro zatrzymał się na poziomie tegorocznego szczytu - 1,28. Wśród inwestorów pojawiła się nadzieja, że to koniec osłabienia amerykańskiej waluty - przynajmniej na jakiś czas. Połączenie coraz tańszego dolara i drożejącej ropy to duże prawdopodobieństwo rosnących cen w Stanach Zjednoczonych. Inflacja oznacza z kolei rosnącą rentowność obligacji, które są jedną z alternatywnych inwestycji dla akcji. Dodatkowo słabnący dolar (a może przede wszystkim przeświadczenie, że będzie coraz tańszy) nie zachęca do kupowania amerykańskich aktywów. Wartość aktywów musi wtedy wzrosnąć na tyle mocno, żeby zrekompensować niekorzystny trend w kursach walutowych.
Zahamowanie spadku dolara i wzrostu cen ropy naftowej (trudno w rzeczywistości stwierdzić, w którą stronę przebiega zależność między tymi zmiennymi - czy ropa wpływa na dolara, czy dolar wpływa na ropę) pozwala mieć nadzieję, że te negatywne dla akcji czynniki nie zadziałają. Stąd jednak daleko do wniosku, że kontrola nad światowymi rynkami akcji znalazła się w rękach byków.