Przez pierwsze trzy dni minionego tygodnia wydawało się, że pokonanie przez S&P 500 szczytu z I kwartału tego roku wyczerpało potencjał popytu. Pomimo podejmowanych prób dalszego wzrostu ostatecznie notowania kończyły się wciąż w pobliżu 1160 pkt. Dopiero czwartkowa sesja przyniosła wyraźną zwyżkę. Niestety, towarzyszyła jej niska aktywność inwestorów, co jest sygnałem ostrzegawczym. Jednocześnie czwartek pokazał pozytywne nastawienie inwestorów do akcji, bo tak trzeba interpretować wzrost indeksów po mało istotnej, z punktu widzenia rynków finansowych, informacji o śmierci Jasera Arafata. Stwarza ona szansę na poprawę sytuacji na Bliskim Wschodzie, ale trudno trwającą w tym roku zwyżkę ceny ropy naftowej wiązać głównie z niepokojami w tej części świata.
Chiny zwalniają?
Bardziej racjonalnym wytłumaczeniem dla taniejącej ropy są wiadomości płynące z Chin. W październiku mocno wyhamowała inflacja, co może być oznaką stopniowego ochładzania się koniunktury w tamtejszej gospodarce. Równocześnie roczny wskaźnik zmiany cen producentów po raz kolejny zwiększył się i wyniósł 8,4%. Od 12 miesięcy ani razu nie obniżył się, co pokazuje utrzymującą się presję inflacyjną ze strony cen surowców i energii. Zauważmy, że pomimo ostatniej obniżki ceny ropy o ok. 7 USD na baryłce, średnia cena za ostatnie 12 miesięcy wciąż się zwiększa i wynosi aktualnie 36,45 USD, czyli 28% więcej niż na początku tego roku i ponad 5% więcej niż miesiąc temu.
Kolejna fala wyprzedaży dolara, która sprowadziła jego wartość w odniesieniu do głównych walut światowych do najniższego poziomu od 9 lat, sprzyja podtrzymaniu wysokich cen na rynkach towarowych. Jedna z głównych przyczyn słabości amerykańskiego pieniądza - deficyt w handlu zagranicznym - wciąż narasta. Przez ostatni rok zwiększał się przeciętnie o 47,5 mld USD miesięcznie. Do tej pory spora część specjalistów zakładała, że deprecjacja dolara z lat 2002-2003 będzie wystarczająca, by powstrzymać narastanie nierównowagi. Teraz nie jest już tego taka pewna. Dlatego nawet zrównanie się poziomu stóp procentowych w Eurolandzie i Stanach Zjednoczonych nie zachęciło do kupowania dolarów. Wydaje się, że wchodzimy w taki okres, kiedy wszyscy są przekonani co do konieczności dalszego osłabienia waluty USA. Na nowo powraca dyskusja, czy amerykańska administracja będzie prowadzić otwartą politykę słabego dolara, czy tylko sprzyjać obniżaniu się jego wartości. Zaczyna się mówić o próbach nacisków na władze państw azjatyckich, by zrezygnowały z przeciwdziałania wzmacnianiu własnych walut. Widać więc, że rozwiązywanie problemu amerykańskiego deficytu handlowego za pomocą relacji kursowych może się odbyć kosztem innych krajów. Skutki mocnego euro oraz jena odczuwają gospodarki europejskie i japońska, co pokazały dane o dynamice PKB w III kwartale. Czy samo osłabienie dolara wystarczy? Może się okazać, że nie, a do redukcji deficytu dojdzie dopiero wraz ze spowolnieniem gospodarki USA. W rezultacie import do tego kraju byłby mniejszy.
Większa konkurencyjność