- Utrzymywanie silnego forinta w obecnych warunkach oznacza poparcie dla zamykania przedsiębiorstw, likwidacji etatów i stagnacji w gospodarce. To jest powód, dla którego stopy procentowe muszą spaść i dla którego forint musi wyraźnie stracić na wartości - powiedział wczoraj Gyurcsany w węgierskiej telewizji TV2.
W tej chwili podstawowa stopa procentowa na Węgrzech (dwutygodniowych depozytów) wynosi 10,5% i jest najwyższa wśród wszystkich państw UE. To przyciąga spore ilości kapitału zagranicznego, co z kolei sprzyja umacnianiu się waluty. Wczoraj za jedno euro płacono ok. 244,6 forinta. W piątek, gdy kurs osiągnął ostatnie minimum (243,51 HUF/euro), europejska waluta była dla Węgrów najtańsza od marca zeszłego roku.
Gyurcsany podkreślił, że obecnie małe i średnie firmy, zatrudniające 5-15 osób, które są zorientowane na eksport, uzyskują za swoje produkty o 30% mniej forintów niż jeszcze trzy lata temu. Zdaniem premiera, silna waluta przyczynia się do utraty dziesiątek tysięcy węgierskich miejsc pracy.
Szef banku centralnego Węgier Zsigmond Jarai powiedział w środę, że on także - podobnie jak rząd - uważa forinta za zbyt silnego. Jarai nie popiera jednak gwałtownego cięcia stóp, bo to mogłoby doprowadzić do przyspieszenia inflacji. Bank centralny wcześniej dowodził też, że rygorystyczna polityka monetarna jest niezbędna, aby zrównoważyć rozpasaną politykę fiskalną. Najbliższe posiedzenie ustalającej wysokość stóp węgierskiej rady polityki pieniężnej jest zaplanowane na poniedziałek. Zdaniem analityków, podstawowa stopa oprocentowania spadnie wtedy o 50 pkt bazowych. Dodają jednak, że nawet po obniżce o 100 pkt nie należałoby się spodziewać rychłej deprecjacji forinta.
Niedługo węgierski rząd może zyskać większy wpływ na ustalanie stóp procentowych, niż tylko poprzez nawoływania w wywiadach dla mediów. Obecnie parlament pracuje bowiem nad poprawkami do ustawy o banku centralnym, która zwiększa liczbę członków rady polityki pieniężnej i daje premierowi przywilej powoływania większości z nich. We wstępnym głosowaniu parlamentarzyści opowiedzieli się za takimi zmianami. Sprzeciwia się im natomiast wielu ekspertów, którzy boją się kontroli rządu nad polityką monetarną.