Indeksy to świetny wynalazek. Pochodne na indeksy - takoż. Ale kiedy słyszę po raz "enty", że wchodzenie do indeksu to niemal koronny argument przemawiający za wpakowaniem spółki do portfela swoich klientów, a utrata statusu spółki indeksowej to z kolei powód do larum, to zaczynam się zastanawiać, czy zapatrzenie na benchmarki i indeksy nie prowadzi w ślepy zaułek. I powoduje, iż obraz rynku jest nieco wypaczony. Bo faktycznej wartości i znaczenia indeksu nie wolno zastępować mitologizacją rynku.

Choć z punktu widzenia dbałości o trzymanie się benchmarku, kopiowanie portfela indeksu jest zrozumiałe, to prowadzi do pewnego wypaczenia. Ot choćby takiego, z jakim można spotkać się czasem przy okazji skierowanych do szerokiej publiczności niespecjalistycznych opisów sytuacji na rynku. - Przecież ten bank za chwilę wyleci z indeksu! A jego notowania tak ostatnio rosły... - oznajmiał niedawno ze smutkiem jeden z dziennikarzy. I choć mania indeksowa, rozpowszechniana zresztą przez analityków i zarządzających, faktycznie uprawniała go do takiego stwierdzenia, to specjaliści powinni jednak zastanowić się nad skutkami tak uproszczonego widzenia świata.

O tym, że flagowy indeks - w naszym wypadku WIG20 - uszlachetnia wizerunek firmy, przekonywać specjalnie nie trzeba. Dlatego akcjonariusze i menedżerowie spółek trzymają kciuki za to, by to właśnie ich akcje zastąpiły inne w indeksowym koszyku. Trudno się więc dziwić, że przed ofertą publiczną przedstawiciele spółek wyrażają głośno nadzieję, że akcje "ich" spółki trafią do indeksu. Wiadomo - "indeksowe" to "lepsze", przy czym faktyczny wzrost prestiżu zastrzeżony jest do wąskiego koszyka indeksu WIG20. Tyle że kupowanie praktycznie tych samych papierów do wielu portfeli prowadzi nie tylko do uśredniania ich wyników, ale w pewnym sensie fałszuje obraz rynku. Bo uczestnictwo w indeksie staje się przesłanką fundamentalną samą w sobie. To mylące, bo po pierwsze - indeksy elitarne nie są szerokie, a poza ich burtą może znaleźć się wiele wartościowych papierów. A po drugie - uczestnictwo w indeksie jest wyłącznie gwarancją tego, że kurs akcji tej spółki będzie miał określony wpływ na indeks. Co wcale nie jest przecież gwarantem, że wraz z tytułem szlacheckim trwale zdrowe będą także fundamenty.

Na szczęście, skład indeksów jest korygowany. Przy wszystkich moich zastrzeżeniach co do konsekwencji wspomnianej manii, dostrzegam pewną zaletę takich wyścigów o udział w indeksie. Przynajmniej teoretycznie, zwiększona konkurencja o miejsce w koszyku powinna dopingować do tego, by spółka była faktycznie godna zainteresowania - ze względu na fundamenty i potencjał, a nie tylko z uwagi na członkostwo w indeksowym klubie. Można oczekiwać, że koszyk indeksów wąskich, z definicji elitarnych, zmieniać się będzie wraz ze zmianą preferencji rynku, mód i sytuacji samych firm. Dzięki korektom składu indeksów, inwestowanie indeksowe jest jakimś sposobem na "oszukanie przyszłości", pod warunkiem jednak przytomnego obracania pochodnymi na indeksy.

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.