Reklama

Patrzmy na ręce zarządzającym!

W ubiegły weekend czytelnicy Parkietu mogli zapoznać się z wynikiem systemu transakcyjnego DM Penetrator. Klientka tego biura powierzyła sporo pieniędzy w zarządzanie, by po roku wypłacić jedynie 60% tej sumy. W Stowarzyszeniu znamy wiele podobnych przypadków. Warto zastanowić się, gdzie tkwi błąd. Dlaczego przekazywane w zarządzanie środki zamiast rosnąć, tracą na wartości? Czy jest to normalne, czy też trzeba bić na alarm?

Publikacja: 08.12.2004 07:04

Dlaczego powierzamy pieniądze w zarządzanie, czy to poprzez assety, czy przez fundusze inwestycyjne? Są dwa główne powody: sami nie czujemy się na siłach, a dodatkowo do naszej wyobraźni przemawiają wyniki funduszy akcyjnych z ostatnich 2 lat. "Window dressing" działa na nas w pełnej krasie.

Uwaga na optymalizację

Czy zastanawiamy się nad tym, jak i w co są inwestowane nasze pieniądze? Zdecydowanie nie. Najlepszym przykładem jest chociażby wspomniany "weekendowy" przypadek. O ile poszkodowana zna konstrukcję akcji, o tyle o tym, czym jest kontrakt terminowy futures, a tym bardziej jak wygląda od środka mechaniczny system transakcyjny i jakim regułom podlega, nie ma pewnie dotąd pojęcia. Zna jedynie wynik. Pieniądze "weszły do systemu" głównie za sprawą świetnych wyników z przeszłości. Zwracam Państwa uwagę, że zgodnie z informacjami zawartymi na stronie DM Penetrator, usługa ta oferowana jest klientom od 1 kwietnia 2001 r., tymczasem reklamowane są wyniki już od początku 2000 r. Każdy, kto choć trochę zajmował się systemami transakcyjnymi, wie, co można uzyskać za pomocą optymalizacji na podstawie danych historycznych. Kto zawinił w tej sytuacji?

Tak samo jak szanuję spekulacje, tak samo nie rozumiem, jak dom maklerski może obracać pieniędzmi klientów, opierając się jedynie na ATR, MACD czy RSI (wskaźniki analizy technicznej), zupełnie zapominając o czymś takim, jak C/Z czy C/WK (wskaźniki analizy fundamentalnej). Temu pewnie dokładnie przyjrzy się KPWiG. Dla wielu ludzi dom maklerski, jakkolwiek by to zabrzmiało, jest instytucją zaufania społecznego. Zawód maklera jest notowany bardzo wysoko w rankingu zawodów. Ale do tanga trzeba dwojga - my inwestorzy też powinniśmy zachować wstrzemięźliwość i nie kupować kota w worku.

Sami sobie gotujemy ten los

Reklama
Reklama

Zarządzanie pieniędzmi na rynku futures moglibyśmy potraktować jako margines. Nie należy jednak tak robić, bowiem na rynku akcji mechanizm ponoszenia strat jest bardzo podobny. Większość klientów funduszy inwestycyjnych pojawia się po sporych zwyżkach indeksów. Jest to mechanizm stary jak świat (rynków kapitałowych) i dotyczy, oczywiście, wszystkich parkietów świata. Było to bardzo widoczne chociażby latem ubiegłego roku - ruch indeksów w górę nabrał przyspieszenia właśnie za sprawą pieniędzy wpłacanych przez nas - inwestorów indywidualnych. Fundusze sprzedawały jednostki, a co za tym idzie, musiały złożyć zlecenia kupna akcji. Może za własne pieniądze zarządzający nie kupiliby ani jednej akcji, ale jak klient każe - nie ma innego wyjścia.

To przykład na to, że sami sobie gotujemy taki los. Dla równowagi wspomnę o tym, że i zarządzający się nie popisują. Jak można bowiem ocenić wynik prawie 5-letniego zarządzania, zakończony 20-proc. zyskiem (zresztą właśnie tyle kosztowało klienta firmy asset management największego detalicznego domu maklerskiego zarządzanie, więc w końcu wyszedł nominalnie na zero?). Start miał miejsce w końcu 1999 roku (tuż przed wielką hossą internetową), a finisz na początku tego roku (o szczegółach tej sprawy czytelnicy mogli zapoznać się w październikowym Akcjonariuszu). Środki były inwestowane w akcje. Ci sami zarządzający osiągnęli dużo lepszy wynik w funduszu inwestycyjnym. Jak można wyjaśnić takie rozdwojenie jaźni? Tu dobrze, a tu źle? Zła wola? Wątpię. Według mnie jest to dowód na to, że posiadanie licencji maklera czy wpis na listę doradców inwestycyjnych nie jest patentem na dobre wyniki inwestycyjne. Amerykanie przeprowadzili sporo badań statystycznych, które jasno udowadniają, że zawodowcy mylą się tak samo często, jak amatorzy. We wspomnianym przykładzie wygrał fundusz pasywny, jaki kupili nabywcy jednostek uczestnictwa, bowiem tak się potoczyła giełdowa koniunktura. Przegrał rachunek klienta zarządzany bardziej aktywnie na podstawie oddzielnej umowy. Gdyby w ciągu ostatnich 2 lat nie dosięgnęła nas hossa, możliwe, że wyniki inwestycji byłyby porównywalnie złe bez względu na formę.Nie chciałbym, by powyższy wywód został odebrany jako dowód na to, że zarządzający funduszami są beznadziejni i nie warto zanosić do nich pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Miałem niedawno telefon od klienta jednego z assetów, który narzekał, że oni ani nie kupują wtedy, kiedy powinni, ani nie sprzedają wtedy, gdy powinni. Zapytałem o roczne stopy zwrotu (te z jego portfela, a nie z ulotek reklamowych). Wynik: 20%. Na pytanie, czy jest w stanie osiągnąć lepszy, nie usłyszałem twierdzącej odpowiedzi. Sztuka polega na tym, żeby znaleźć podobnych zarządzających.

Jedną z przyczyn powodujących, że szukamy kogoś, komu moglibyśmy oddać pieniądze w zarządzanie, jest dość dobrze znana w psychologii ucieczka od odpowiedzialności: "ja miałem dotąd złe wyniki, to niech teraz oni się martwią - jak będzie źle, to nie będzie to moja wina".

Jakie są nasze wyniki?

No właśnie, jak to jest z naszymi wynikami? Na podstawie ankiety z wiosny tego roku, przeprowadzonej przez SII, możemy powiedzieć, że roczne zyski inwestorów indywidualnych to około 24%, wobec ponad 70-proc. wzrostu WIG-u w tymże okresie. Wybrana grupa ankietowanych była reprezentatywna i dowodzi to, że większość "weszła do jadącego pociągu", znanego jako hossa, w czasie wspominanej wyżej letniej euforii - dokładnie w jej końcówce. W tym roku pewnie stosunek zysku do wyniku, osiągniętego przez indeks, będzie podobny. Oznacza to bardzo małe zyski. Zyski całego rynku to różnica między zyskami jednych a stratami drugich. Przesłanką, że wielkich zysków w tym roku nie będzie, oprócz wnioskowania na podstawie danych z przeszłości, jest także rozmowa, w jakiej miałem przyjemność uczestniczyć kilka tygodni temu. Zagadnął mnie pewien emerytowany pan, codzienny gość jednego z punktów obsługi klienta. Zauważył on, że mimo iż wszyscy klienci tegoż POK-u dookoła opowiadają o swoich wspaniałych inwestycjach, to na rachunkach salda są na minusie.

Wyciągam z tego pozytywny wniosek - gdzieś są ci, którzy zmieniają znak globalnego bilansu zysków i strat na plus. Są to ci, którzy, mimo że nie są pracownikami domów maklerskich, osiągają wyniki lepsze nie tylko od wielu inwestorów indywidualnych, ale i od zarządzających funduszami. Może warto im umożliwić zarządzanie pieniędzmi innych osób, którym brak umiejętności, wiedzy i doświadczenia, a którzy zdani są jedynie na monopolistyczne usługi domów maklerskich? Ale to już zupełnie inny temat...

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama