W tym tygodniu resort finansów przyznał, że kończy pracę nad projektem ustawy, zastępującej akcyzę na import aut podatkiem od pojemności silnika pobieranym przy pierwszej rejestracji. Im starszy byłby samochód, tym wyższa byłaby też opłata. Prosty przykład podaje Eurotax: za sprowadzone auto z 1991 r. z silnikiem 1,5 litra o deklarowanej wartości 1 tys. zł zapłacimy teraz 650 zł akcyzy. Nowy podatek wyniósłby zaś 6 tys. zł.
Producenci i importerzy nowych aut odetchnęli - koniec konkurencji ze strony bardzo tanich samochodów używanych. Wiele jednak wskazuje, że zanim Sejm przyjmie ustawę, rynek znowu zaleją tanie samochody z Zachodu. - Obecnie mamy do czynienia z pewnym poziomem nasycenia rynku. Obawiam się jednak, że Polacy znów się rzucą do sprowadzania aut po tym, jak rząd zapowiedział wzrost podatku - przewiduje Wojciech Drzewiecki, prezes Samar. - Propozycja rządu oznacza również, że zdrożeją samochody najtańsze. To czysty fiskalizm - dodaje.
Samar proponuje, aby zamiast jednorazowej opłaty rejestracyjnej, wprowadzić podatek zależny od kilku parametrów - pojemności silnika, rodzaju paliwa, normy emisji spalin oraz wieku pojazdu. Tak obliczona opłata byłaby pobierana nie tylko w momencie pierwszej rejestracji, ale przy każdym badaniu technicznym dopuszczającym pojazd do ruchu (po 2, 5 i10 latach). - Przy odpowiednim ustawieniu współczynników można promować rozwiązania ekologiczne. Dla fiskusa nie ma teraz znaczenia, czy sprowadzamy samochód na paliwo czy na gaz - uważa W. Drzewiecki. Samar szacuje, że rozwiązanie te pozwoli na znaczne obniżenie podatku od rejestracji nowych aut (rozkłada bowiem podatek na kilkanaście lat). - Uniezależnia także przychody budżetu od koniunktury na rynku motoryzacyjnym - podkreśla szef Samaru. Akcyza za importowane auta przynosi państwu około 1,5 mld zł rocznie.