Rada Ministrów przyjęła projekt już we wrześniu, ale pod warunkiem, że zaakceptują go środowiska samorządowe. Od początku budził on bowiem duże kontrowersje. Rząd chciał spełnić główny postulat inwestorów - czyli wprowadzić plany przeznaczenia terenu. Gminy musiałyby obowiązkowo uchwalić je dla wszystkich gruntów w ciągu kilku lat. W ten sposób szybko wypełniłaby się "luka" po wygaśnięciu w 2003 r. starych planów zagospodarowania przestrzennego (obecnie jedynie kilka procent terenów w Polsce jest objętych planami). Samorządy wolą po prostu wydawać pozwolenia na zabudowę na bazie arbitralnych decyzji administracyjnych, zamiast tworzyć prawo miejscowe.
15 grudnia Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego kolejny raz odrzuciła rządowe propozycje. Samorządowcy obawiają się licznych odszkodowań, jakich zażądać mogą właściciele po zmianie przeznaczenia ich gruntów - np. z terenu pod inwestycje na tereny zielone. Chcieli więc dostać od rządu wyliczenia skutków finansowych. - Ustawa o finansach publicznych zakazuje wprowadzania nowych regulacji bez pokazania, skąd samorządy mają wziąć na nie pieniądze - tłumaczy Hubert Izdebski, prof. Uniwersytetu Warszawskiego i ekspert strony samorządowej. Problem dotyczy zwłaszcza dużych miast. Dlatego też Unia Metropolii Polskich zaproponowała wczoraj własną wersję ustawy. UMP postuluje przede wszystkim, aby planu przeznaczenia nie uchwalać dla całej gminy, ale tylko dla konkretnych terenów, którymi zainteresowani są inwestorzy.
Resort infrastruktury próbuje tymczasem stworzyć kompromisowe rozwiązanie. Już po posiedzeniu KWRiST zmienił niektóre z założeń projektu. - Zgodziliśmy się, aby gminy nie uchwalały od razu planów dla wszystkich swoich terenów. Te grunty, które pozostaną bez planów, będą jednak wyłączone spod nowej zabudowy - mówi Elżbieta Szelińska, dyrektor Departamentu Ładu Przestrzennego w ministerstwie. - Rozłożyliśmy także skutki finansowe dla samorządów na kilka lat - dodaje. Rząd dalej nie podaje szacunków, na ile opiewać mogą pozwy niezadowolonych właścicieli.
Teraz główna batalia nad projektem przeniesie się więc na teren Sejmu. - Skoro strony nie uzgodniły szeregu kwestii merytorycznych, zajmą się tym posłowie. Prace potrwają co najmniej 6 miesięcy - powiedział nam Jerzy Polaczek, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury.