Fala używanych samochodów płynie do Polski nieprzerwanie od ponad pół roku. W sumie od wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej Polacy sprowadzili z krajów starej Piętnastki ponad 690 tys. aut (do końca listopada). Spodziewano się, że w związku z obowiązkiem ich ubezpieczenia, do firm ubezpieczeniowych ustawią się kolejki szczęśliwych posiadaczy tanich czterech kółek, którzy wpłacą setki milionów złotych.
Gdzie ta składka?
Nic bardziej mylnego. Z danych Urzędu Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych wynika, że na koniec września łączne przychody ze składek z OC posiadaczy pojazdów mechanicznych klientów indywidualnych były niższe o 110,35 mln zł niż rok wcześniej. A przecież wtedy prywatny import, ze względu na wysokie bariery celne, praktycznie nie istniał. Biorąc pod uwagę, że średnia składka OC wynosi około 300 zł, to tegoroczne przychody ubezpieczycieli powinny być wyższe o około 200 mln zł.
Ubytek składki tym bardziej dziwi, bo przepisy, które obowiązują nabywców aut, są dość surowe. Obowiązek ubezpieczenia powstaje w momencie rejestracji auta, bądź wprowadzenia go do ruchu na drogach publicznych. Nawet jeśli uwzględnimy kłopoty, jakie w pierwszych miesiącach właściciele samochodów mieli z ich rejestracją, to przecież gigantyczne kolejki w urzędach, po letniej gorączce, powinny już się skończyć. O co więc chodzi?
Czekają na lawetach?