W ostatnich dniach grudnia i na początku stycznia ceny ropy naftowej zmieniały się pod wpływem dwóch czynników - doniesień dotyczących wydobycia tego surowca w Arabii Saudyjskiej oraz zapotrzebowania na olej opałowy w USA. Początkowo przeważał wzrost notowań. Jedną z przyczyn były ataki terrorystyczne na saudyjskie urządzenia naftowe, które nie wyrządziły jednak szkód. Znacznie większy niepokój wywołało ograniczenie z początkiem bieżącego roku przez rząd w Rijadzie wydobycia ropy o 500 tys. baryłek dziennie. Decyzja ta, zgodna z zaleceniami OPEC, zbiegła się bowiem z informacjami o zwiększonym popycie na produkty naftowe. Uczestnicy rynku uznali, że w ślady Arabii Saudyjskiej mogą pójść wkrótce pozostałe państwa tego ugrupowania, co groziłoby ogólnym zmniejszeniem podaży ropy i wzrostem jej cen.
Po wtorkowej zwyżce notowania zaczęły spadać, gdyż pojawiła się szansa na poprawę zaopatrzenia rynku amerykańskiego w niezbędny w sezonie zimowym olej opałowy. Ponieważ służby meteorologiczne zapowiedziały, że temperatura na północnym wschodzie USA będzie w najbliższych dniach o 10-14 stopni wyższa od średniej notowanej o tej porze roku, za możliwe uznano odbudowanie rezerw tego paliwa. W efekcie ropa zaczęła tanieć i w Londynie gatunek Brent z dostawą w lutym kosztował wczoraj po południu 40,20 USD za baryłkę w porównaniu z 41,04 USD w końcu sesji wtorkowej i 39,17 USD w poprzednią środę.