Skoro mamy początek roku, to naturalną koleją rzeczy pojawiają się wróżby dotyczące tego, co czeka rynek w najbliższych miesiącach. Z premedytacją używam określenia "wróżby", jako że jestem zwolennikiem tezy, iż możliwości skutecznego przewidywania sytuacji na rynku są mocno ograniczone, a prognoz z gwarancją po prostu nie ma. Stąd też potrzeba przytomnego i aktywnego zarządzania własnym portfelem ze świadomością, że przyszłość może przynieść wydarzenia nie tylko trudne do przewidzenia, ale nawet zupełnie pozornie niewyobrażalne (vide: azjatyckie tsunami). Nie zmienia to faktu, że dokonywanie symulacji i analizowanie prognoz jest zajęciem opłacalnym. Nawet jeśli analiza nie przekona, to pokaże inny punkt widzenia. I pomoże zweryfikować własne sądy. Niezależnie od kierunku prognoz, warto zwrócić uwagę na okoliczności statystyczne, które będą towarzyszyć nowemu rokowi giełdowemu.

Trend is your friend - wołają technicy. Optymiści powiedzą, że liczy się trend, a hossa potrafi zaskoczyć największych optymistów. Pesymiści, korzystając z podobnych narzędzi, wskażą z kolei, że - także od strony technicznej - tak fajnie jak w poprzednich kilkunastu miesiącach już nie będzie. Co więcej, zdaniem niektórych, przyspieszenie tempa wzrostu przyspiesza tylko perspektywę głębszej korekty. W całej tej dyskusji, którą i tak rozstrzygnie - wedle własnego uznania - Pan Rynek, warto jednak zwrócić uwagę na statystykę. A konkretnie - zbyt rzadko chyba przywoływany efekt bazy, który w przypadku osłabienia tempa rozwoju spółek i wyhamowania tempa giełdowego wzrostu (lub zmiany tendencji) będzie można określić mianem "defektu bazy"...

Apetyt rośnie w miarę jedzenia i odnosi się to także do ludzkiego, aczkolwiek nie zawsze racjonalnego apetytu na kontynuowanie dobrej giełdowej passy. Tymczasem to owa dobra passa sprawia, że nowy rok "ma gorzej". Dlaczego? Bo będzie porównywany do bardzo udanego roku 2004. Udanego nie tylko z uwagi na wzrost cen akcji, ale na duży ruch na rynku pierwotnym i 36 debiutów. Rozbudzone apetyty, także tej grupki nowych, niedoświadczonych inwestorów, mogą sprawić, że aby sprostać oczekiwaniom rok 2005 musiałby naprawdę się wykazać. W tym sensie można powiedzieć, że lata 2003 i 2004 "miały łatwiej". Wcześniejsza, kilkuletnia bessa i flauta sprawiły bowiem, że baza do porównań była stosunkowo niska. Dotyczyło to przede wszystkim sytuacji gospodarki i wyników spółek. Efekt bazy zadziałał wówczas ze sporą siłą. Mając to w pamięci, trzeba więc brać pod uwagę możliwość wystąpienia zjawiska przeciwnego - "defektu bazy".

Trend is your friend - zawoła znów optymista, przypominając choćby sławetną, ale - z punktu widzenia zdrowego rozsądku - wręcz absurdalną hossę lat 1993-1994, w tym chyże przeskakiwanie kolejnych pułapów cenowych (i wskaźnikowych). Ale przecież dziś rynek jest już zupełnie inny. Nie ma już hamulca dla podaży papierów. W giełdowej poczekalni tłoczą się spółki, którym też marzy się powtórka wyczynów ich poprzedników, z których część nie dość, że pozyskała pieniądze na rynku, to jeszcze dała zarobić akcjonariuszom. Zakładając brak sensacyjnych wydarzeń w otoczeniu makro (i w polityce), kluczem do rozwiązania zagadki koniunktury giełdowej AD 2005 będą wyniki samych spółek. Te będą porównywane z często rekordowymi rezultatami roku 2004. Pokonanie bazy będzie więc tym trudniejsze, im lepsze były rezultaty roku 2004. Myślę, że znajdą się tacy "twardziele", którzy i z taką bazą sobie poradzą. A Państwu pozostaje życzyć, by to ich akcje trafiły do Waszego portfela. Oczywiście, tuż przed tym, gdy ich potencjał dostrzeże szeroki rynek.

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.