18 mln USD, które mają przekazać byli członkowie tzw. rady dyrektorów (instytucja nadzorująca działanie zarządu, mająca podobne funkcje jak rada nadzorcza w firmach polskich), to część odszkodowania w wysokości 54 mln USD, jaką wywalczyli akcjonariusze WorldComu. Po raz pierwszy w historii amerykańskiego rynku zdarzyło się, aby członkowie rady upadłej firmy z własnej kieszeni pokrywali część zobowiązań. W grupie tej znalazło się dziesięć osób, w tym m.in. Clifford L. Alexander odpowiadający za politykę obronną w administracji prezydenta Jimmy?ego Cartera, późniejszy prezes firmy Dun & Bradstreet.

Obserwatorzy niejednolicie oceniają decyzję podjętą przez byłych członków rady, którzy w ten sposób chcieli prawdopodobnie uniknąć sądowych procesów. - Takie działanie może zaszkodzić całej idei powoływania rady niezależnych dyrektorów firmy. Ludzie po prostu nie będą skłonni do obejmowania tej funkcji - powiedział agencji Bloomberga Michael Klausner, profesor prawa ze Stanford University. - I tu koło się zamyka, bo przecież akcjonariusze, którzy teraz otrzymają pieniądze od niezależnych dyrektorów, domagają się, by ci dyrektorzy byli powoływani i nadzorowali pracę zarządu - dodał.

WorldCom formalnie upadł w lipcu 2002 r., kilka miesięcy po tym, gdy okazało się, że spółka prowadziła kreatywną księgowość, zawyżając przez kilka lat zyski. Spółka wydobyła się spod ochrony rozdziału 11 amerykańskiego prawa upadłościowego w ub.r. i przyjęła nazwę MCI. Z inwestorami porozumiał się już m.in. jeden z największych partnerów finansowych dawnego WorldComu - Citigroup, który w maju ub.r. zapłacił odszkodowanie w wysokości 2,65 mld USD. Wciąż nie rozpoczął się proces założyciela spółki Bernarda Ebbersa, który ma odbywać się w sądzie na Manhattanie.