Ostatnio mam męczące uczucie, że wiele rzeczy już było. Ktoś powie, że to nic dziwnego, bo postmodernizm nie jest niczym nowym. Ale problem polega na tym, że nie mam na myśli ani literatury, ani filmu, tylko tę całkowicie nową historię Polski.
Otóż ostatnio powróciły - stały się na powrót trendy? - pojęcia czy postulaty, które były gorące na początku lat dziewięćdziesiątych. Ot, choćby lustracja czy dekomunizacja. A postulat delegalizacji SLD brzmi już zupełnie jak wyjęty z początków ubiegłej dekady, gdy z powierzchni ziemi zniknęła partia-babcia (bo matką SLD była SdRP).
Okazuje się, że ktoś te 15 lat temu coś jednak spartolił, bo jednak to wszystko było konieczne. Co chwila ktoś wzdycha, gdzie to bylibyśmy, gdyby nie te zaniechania. Rzeczywiście, nie słychać, aby takie afery, jakie my mamy, mieli u siebie Czesi, którzy mieli i lustrację, i dekomunizację. O Niemcach nie ma co wspominać - tam widzimy głównie socjal, a nie poczucie sprawiedliwości.
Jednak nie tylko rozliczenia z przeszłością znowu są w modzie. Ot, podatek liniowy nie został wymyślony przez Słowaków czy Rosjan. Na początku lat dziewięćdziesiątych i u nas pojawiały się pomysły, żeby wprowadzić taki rodzaj rozliczeń z fiskusem. Stanęło na sprawiedliwości społecznej, co - jak zwykle - kosztowało nas kilkaset (co najmniej) dolarów PKB na głowę. Estonia - na ten przykład - podatek liniowy wprowadziła i ma dochód narodowy per capita wyższy od naszego.
Tymczasem u nas część polityków, którzy wcześniej wybrali bardziej sprawiedliwy społecznie system podatkowy, przeszła ewolucję, by pod koniec dekady dojść do wniosku, że linia jednak jest lepsza od progresji. Choć już zabrakło wyjaśnień, dlaczego tyle czasu im zabrało dojście do tak prostej prawdy. Ale mogło być gorzej - premier Marek Belka jeszcze parę lat temu wydziwiał, że podatek liniowy to wymysł nieledwie azjatycki - bo Rosja, gdzie i tak nie było poboru podatków, na takie eksperymenty może sobie pozwolić, ale nie my. Teraz tak bardzo podatku liniowego już nie krytykuje, choć nadal nie wydaje się doń przekonany. Tyle że obecnie praktycznie wszyscy mają świadomość, że albo go wprowadzimy, albo przegramy rywalizację, którą 15 lat temu moglibyśmy wygrać.