Nie takiego początku nowego roku spodziewali się posiadacze akcji. Gwałtowna realizacja zysków przez inwestorów zagranicznych doprowadziła do załamania cen akcji na warszawskiej giełdzie. Taniały również obligacje, co w konsekwencji doprowadziło do osłabienia złotego. Główny motor wzrostów - kapitał zagraniczny - popsuł się. Dalsze wzrosty bez zagranicznych inwestorów są praktycznie mało możliwe. Wszystkie oczy skierowane są na nasze OFE, które mają pełne portfele akcji i obniżenie cen jest im teraz wybitnie nie na rękę. O ile spadków należało się spodziewać, co zresztą większość analityków przewidywała, o tyle wydawało się, że pierwsza dekada stycznia powinna być co najmniej stabilna.

Miejmy nadzieję, że nie sprawdzi się powiedzenie "jaki styczeń taki cały rok", gdyż byki czekałaby niezbyt dobra perspektywa w nowym 2005 roku. Fakty przemawiają niestety na korzyść niedźwiedzi i jak na razie nic nie wskazuje na to, by obraz z ostatnich sesji miał ulec zmianie. Poziom 2000 punktów na WIG20 na razie pozostaje w sferze marzeń. Zaczęła się zasłużona korekta, która docelowo może ściągnąć WIG20 nawet do 1650 punktów. Oczywiście nie należy się spodziewać, że indeksy nagle zaczną pikować w dół. Powinniśmy być światkami gwałtownych podbić, które mogą nas doprowadzić przy odrobinie szczęścia do szczytów. Jest to mało prawdopodobne, gdyż po ostatnich spadkach na rynku zapanował strach i ci co nie zdążyli wyjść z inwestycji przed spadkiem, chętnie pozbędą się akcji na podbiciu. Dodając do tego podaż ze strony spekulantów, którzy złapali akcje na tzw. podbieraki, i naszych funduszy, można dojść do wniosku, że gra na wzrost nie ma sensu.

Nie wszystko jest jednak takie proste i jestem wręcz pewien, że giełda nas jeszcze niejednokrotnie zaskoczy - byki nie muszą przegrać, bo w końcu można być bykiem w odniesieniu do konkretnej spółki i podczas spadków zarabiać. A niedźwiedzie niech mają się na baczności. Skoro większość analityków przewiduju spadki to już jest groźne, a dodatnia baza pomiędzy futures i WIG20 strach wzmaga.