Stawianie za wzór Busha to posunięcie ryzykowne. Może narazić na śmieszność albo na wściekłość - w zależności od przekonań i temperamentu interlokutora. Ale ostatecznie nie ma się czego bać. Bo niewiele przecież - poza przemianą w trojańskiego osła - nam grozi.
Wyobraźmy sobie, że ktoś w rozmowie szkicuje Bushowi nasz system podatkowy (mogło przecież tak się zdarzyć). I podaje prosty (podkreślam: prosty) przykład: ktoś pracuje tylko legalnie. Ma umowę o pracę. Odprowadza liczne - wysokie - składki (w tym do OFE, bo myślał, że to dobry pomysł, a reguły w trakcie gry nie zmienią się). Podatki, oczywiście też. Również wysokie. Haruje jak wół, więc po pierwszym coś mu tam jeszcze zostaje. Część może nawet odłożyć. Więc odkłada. Z tego, co odłożył, pożycza bankowi, a czasem swojemu państwu ze względu na dobrze pojęty patriotyzm. W zamian dostaje wynagrodzenie - odsetki. Część tego wynagrodzenia musi jednak oddać fiskusowi. Temu samemu, którego wspiera pożyczkami. Czasem, przekonany argumentami przedsiębiorstw, i kierowany troską o prywatyzację, właściwą dystrybucję kapitału w gospodarce i rozwój kraju zagrywa odważniej: na giełdzie. Czyli inwestuje w akcje: to, co mu zostało po pierwszym (dochód opodatkowany) plus to, co dostał, pożyczając państwu (dochód opodatkowany). Okazuje się, że dobrze trafił (choć mógł przecież źle). Spółka ma się nieźle, a jej kurs rośnie. Oszczędny i pracowity obywatel może mówić o szczęściu, farcie czy trafnej decyzji inwestycyjnej - jak kto chce. W nagrodę dostaje dywidendę. Z zarobku, który wypracowała firma i który został, oczywiście, uprzednio opodatkowany. Na szczęście spółka dzieli się zyskami, choć mogłaby się przecież nie dzielić. Sęk w tym, że dywidenda nie wpada w całości do kieszeni inwestora, bo jest opodatkowana. Inwestor trochę się zniechęca (woli chuchać na zimne: spółka raz ma zysk, a zaraz potem może nie mieć). Więc sprzedaje akcje. Robi to w dobrym momencie (zanim kurs zaczął spadać, bo przecież nigdy nie rośnie bez końca). I parę groszy zarobił. Musi się jeszcze tylko podzielić z... urzędem skarbowym.
Ktoś powie: skoro zyski z takich lokat niepewne i jeszcze "obgryzione" przez fiskusa, to może lepiej w pończochę. Niech się, jakby powiedział Bułhakow, pieniążki nie poniewierają. Niech leżą na kupce. Na przykład dla dzieci, żeby miały lepsze życie. Ale i tu niespodzianka, choć dla obywatela z przyczyn oczywistych już nie tak dotkliwa: podatek od spadku (albo wcześniej od darowizn). I tak można by naturalnie w kółko.
Taki system nie mieści się, oczywiście, w głowie prostego Teksańczyka. Więc ten przejęty opisem, natychmiast bada, jak sprawy mają się u niego w domu (do tej pory pewnie nie wiedział, no bo co on tam w ogóle wie) i proponuje zmiany: nie tylko dalszą obniżkę podatków (nie byłoby w tym nic nowego w porównaniu z pomysłami na I kadencję), ale i inne rozwiązania. Na przykład, likwidację podatków od zysków kapitałowych i nieruchomości. Uzasadnia to, a ma przecież wprawę w wygłaszaniu frazesów, budowaniem "społeczeństwa możliwości" i "społeczeństwa własności", w którym więcej do powiedzenia będzie mieć obywatel. On - znaczy się obywatel - podejmie decyzję i on poniesie konsekwencje. A podatki - proponuje Bush - miałby płacić tylko od zarobków, czyli od tego, co dostał za swoją pracę, a nie od tego, co zaoszczędził i zgromadził. Czyli obywatel ów wyrwałby się z zaklętego kręgu, opisanego wyżej. Czy nie brzmi to pięknie?
Tylko w kwestii reformy emerytalnej sprawa wygląda na odwrót. Idee, które jej przyświecały w Polsce, zdają się też kiełkować za oceanem. Pytanie tylko, co z tych idei u nas zostanie. Sygnały na temat ewentualnych zmian są niepokojące, nawet bardzo. Podobnie jak sygnały o zaniechaniu innych zmian (np. w KRUS-ie).Teksańczyk okrzyknięty został przyjacielem Wall Street. Nasz prezydent mógłby uchodzić co najwyżej za przyjaciela BIG-BG i - może - Orlenu. Pewnie na tym jego znajomość giełdy się kończy (no, ewentualnie trzeba by wspomnieć jeszcze o Polisie, też przecież była na parkiecie). Pewnie dlatego o przerwaniu błędnego koła nie ma mowy. I nic tu nie zmienią wiosenne, letnie czy jesienne wybory. Bo u nas nie ma Teksańczyków. Teksasu też zresztą nie.