W ostatnich dniach czynnikiem decydującym o notowaniach na rynku naftowym była wciąż pogoda w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w północno-wschodniej części kraju, silnie uzależnionej od dostaw oleju opałowego. Fala mrozów sprawiła, że we wtorek cena ropy zbliżyła się w Londynie do 47 USD za baryłkę, a w Nowym Jorku osiągnęła 49,64 USD, tj. najwyższy poziom od 29 listopada.
Do wzrostu notowań przyczynił się też pożar w jednej z amerykańskich rafinerii należącej do ConocoPhillips oraz informacja o zmniejszeniu w styczniu wydobycia przez OPEC o 800 tys. baryłek dziennie.
Wczoraj doszło jednak do zahamowania tendencji zwyżkowej, a głównym powodem była znów pogoda. Meteorolodzy zapowiedzieli bowiem ocieplenie na początku lutego, które powinno zmniejszyć popyt na olej opałowy, a tym samym niebezpieczeństwo nadmiernego wyczerpania jego rezerw. Eksperci wskazywali zresztą na ich wyraźną odbudowę na początku zimy, gdy dzięki wyższym niż zwykle temperaturom w północnej części USA zużycie tego paliwa było stosunkowo niewielkie.
Uspokajająco zabrzmiały też uwagi ministrów do spraw ropy naftowej Kuwejtu, Nigerii i Wenezueli, że podczas zapowiedzianej na 30 stycznia konferencji OPEC zapewne nie obniży obecnych limitów wydobycia.
W Londynie gatunek Brent z dostawą w marcu kosztował wczoraj po południu 46,90 USD za tonę w porównaniu z 46,96 USD w końcu sesji wtorkowej i 44,71 USD w poprzednią środę.