Jednym z sygnałów zapowiadających formowanie szczytów jest wzrost zmienności. Niemal każda hossa kończyła się emocjonującym wyskokiem, a nie ślamazarną wspinaczką, którą przerywał jakiś niespodziewany atak podaży. Gdyby tylko ten czynnik miał wyznaczać szczyty, to po piątkowej sesji nie byłoby wątpliwości. Z początku bowiem większość inwestorów ponownie zabijała się o akcje, by w końcówce panicznie się ich pozbywać. Wahania przekraczające na WIG20 55 pkt nie są czymś normalnym. Pesymiści wytoczą zapewne też działa w postaci piątkowych dziennych świeczek na wykresach. Ale czy takie poszlaki wystarczą do odtrąbienia końca hossy? Pytanie tym bardziej aktualne, że na początku lutego sam sugerowałem rozważenie pozbycia się akcji w momencie euforycznego pokonania styczniowych szczytów.

Trudno jednak było wtedy oczekiwać, że zagraniczny kapitał wleje się na rynki naszego regionu aż z taką siłą, przy czym głównym kryterium doboru spółek do portfeli będzie płynność, a nie "fundamenty". Obecnie przy obrotach rzędu 1 mld zł i wspomnianej ogromnej zmienności naiwnością byłoby ocenianie rynku pod kątem wartości spółek. Teraz mamy tylko grę na emocjach rynku i to już nawet nie jest kasyno, ale powoli robi się szulernia. Niezależnie od poziomu, na którym ten rajd się skończy, wielu inwestorów wyjdzie z niego mocno poobijanych. Zresztą wielu ból chyba lubi, bo "większość" nie wierzyła we wzrost już od dobrych ponad 100 pkt, utrzymując mocno ujemną bazę. I marna to pociecha, że w końcu w piątek udało im się trafić. Jeśli ktoś nie lubi sportów ekstremalnych, lepiej najbliższe dni przeczekać (w poniedziałek w USA święto). A jeśli ktoś uparcie widzi tylko spadki, to na "krótko" analiza techniczna pozwala grać najwcześniej dopiero po powrocie pod styczniowe szczyty.