Seria kolejnych wzrostowych sesji indeksu WIG20 została wczoraj zakończona na pięciu. Warto zwrócić uwagę, że odwrót nastąpił z tego samego poziomu co w piątek. Zatem do miana głównego w krótkim terminie oporu urasta poziom 2085 pkt. Spadek indeksu największych spółek to nie jedyny sygnał osłabienia zapału kupujących. Być może równie istotnym jest ostrzeżenie płynące z wykresu Indeksu Cenowego wyliczanego przez Parkiet, który znalazł się na najniższym poziomie od trzech tygodni. W jego skład wchodzą wszystkie notowane na giełdzie spółki. Podobny krótkoterminowy sygnał sprzedaży miał miejsce w październiku zeszłego roku (również wystąpił po dłuższej fali wzrostowej) i poprzedził niemal 10-proc. spadek notowań.
Wydaje się, że największe zagrożenie dla dobrej koniunktury na rynkach wschodzących naszego regionu upatrywać należy w głównych indeksach amerykańskich. Zeszłotygodniowa nieudana próba wybicia S&P 500 ponad grudniowy szczyt zasiała w szeregach byków niepokój. Także zachowanie Nasdaq Composite względem poziomu 2100 punktów nie stanowiło zachęty do agresywnego zwiększania zaangażowania w akcje. Jako główny czynnik negatywnie wpływający na poziom notowań amerykańskich korporacji postrzegane są stopy procentowane. W zeszłym tygodniu, pod wpływem doniesień o zaskakująco wysokim wzroście cen hurtowych w USA w styczniu, rentowność 10-letnich obligacji podskoczyła o 18 punktów bazowych do 4,27%. To największy skok rentowności od maja zeszłego roku. Wyższa od oczekiwanej inflacja sprawia, że Fed może być zmuszony do szybszego niż się wcześniej wydawało podnoszenia oficjalnej stopy procentowej. Takie działanie korzystnie wpłynęłoby na dochodowość uważanych za bezpieczne instrumentów dłużnych i tym samym odciągnęło część inwestorów od akcji.
Tak jak w zeszłym roku rosnące ceny metali i ropy naftowej były jednym z głównych "sprawców" hossy na rynkach wschodzących, tak teraz mają szansę przyczynić się (poprzez zwiększanie presji inflacyjnej w USA) do wyprzedaży na nich.