Tajemnicą poliszynela jest na Wall Street fakt, że niektóre banki korzystają z porad astrologów prognozując z gwiazd kursy akcji. Wbrew pozorom sposób dobry to jak każdy inny, co udowodnione zostało dziesiątkami badań, na czele z rzutem monetą przy wyborze giełdowego trendu. Trafność "prognoz" nie jest bowiem głównym kryterium sukcesu. To tylko jeden z elementów, który niektórzy stawiają na dalszym miejscu za zarządzaniem pozycją i konsekwencją stosowanych metod. Nawet tych najbardziej egzotycznych.
Piszę o tym dlatego, że przy lekturze weekendowej prasy trudno było znaleźć interpretację dziennych świeczek inną niż nazywanie tej formacji "spadającą gwiazdą". Oczywiście bez wątpienia piątkowe świeczki mają negatywną wymowę, ale mówienie o formacji odwrócenia/zakończenia trendu wydaje się być analityczną niekonsekwencją wynikającą z pesymizmu, który tak wyraźnie widać też na kontraktach. Zanim o konkretach mowa, to sam przyznam, że Murphy, Nisson, czy Morris nigdy razem nie ustaliliby jednej definicji wspomnianej formacji. Na pewno jednak piątkowej świeczki wszyscy trzej by tak nie nazwali.
Choćby ten ostatni zwróciłby uwagę na fakt, że na obu rynkach (indeks i kontrakty) korpus formacji nie jest oddzielony luką cenową od korpusu świecy utworzonej w dniu poprzednim, jak to miało miejsce na WIG20 np. 3 stycznia. Drugim argumentem osłabiającym formację jest dolny cień świecy, który na indeksie wyniósł aż 17 pkt, co nie potwierdza dominacji niedźwiedzi. No i w końcu po trzecie wątpliwości zasiał też w tym wypadku biały korpus świecy. Wiem, prosto jest pisać po fakcie, gdy negatywną wymowę piątkowej świecy zanegował początek tygodnia. Ale łatwość z jaką byki wróciły na szczyty tylko potwierdza, że lepiej gdy formacja spełnia te najostrzejsze kryteria.