Stabilizacja notowań indeksu największych spółek na wysokości 2050 pkt i malejące z dnia na dzień obroty to charakterystyka ostatnich pięciu sesji na naszej giełdzie. Wczorajszy dzień nie wniósł do tego obrazu nic nowego. Widać, że ci, którzy kupowali akcje 16 i 17 lutego, czyli na sesjach o najwyższych od pięciu lat obrotach, nie spieszą się z ich sprzedażą. Nie wystraszył ich nawet największy od maja 2003 r. spadek DJIA i coraz bardziej niepewne perspektywy amerykańskich rynków. Jednocześnie nie zmienia się sytuacja w odniesieniu do szerokości rynku. Znajduje to potwierdzenie w tegorocznych stopach zwrotu, gdzie pomimo rekordów na giełdzie tylko nieznacznie więcej spółek jest na plusie niż pod kreską.
Sytuacja na rynku złotego, który w tym tygodniu znów zaczął się umacniać oraz obligacji, które pozostają w konsolidacji pomimo znaczącego osłabienia z ostatnich dni na rynkach bazowych, utwierdza inwestorów w przekonaniu, że polskie aktywa pozostają w cenie. Warto więc również trzymać akcje. Aprecjacja złotego może wszak zapowiadać kolejne uderzenie zagranicznego popytu na giełdzie.
W kontekście takiego rozumowania rodzi się pytanie, czy przeszkodą w realizacji takiego scenariusza nie stanie się dalszy spadek na zagranicznych parkietach. Musiałby się on odbić niekorzystnie na koniunkturze na emerging markets, w tym tych z naszego regionu. Okazałoby się wtedy, że siła warszawskiego parkietu z ostatnich dni była jedynie zasługą ograniczonej podaży i oczekiwania na napływ kolejnej porcji zagranicznego kapitału.
Inflacja bazowa na poziomie konsumentów w styczniu osiągnęła w USA najwyższy poziom od sierpnia 2002 r. (2,3% w ujęciu rocznym). Od lat niewidziany poziom ma bazowy wskaźnik inflacji na poziomie producentów. Utrzymujące się wysokie ceny ropy naftowej tłumaczą w tej sytuacji zaniepokojenie amerykańskich inwestorów z wtorkowych notowań. Droga energia stwarza dodatkową presję inflacyjną i pobudza obawy, że hossa na rynku długoterminowych obligacji z ostatnich miesięcy była co najmniej przesadzona.